Masz swoją górę na horyzoncie?

Masz swoją górę na horyzoncie?

Firmy od dziesiątków lat definiują swoje misje i wartości. Nawet słynna książka Jacka Welcha „Winning” zaczyna się właśnie od analizy tych pojęć i ich znaczenia dla sukcesu każdej organizacji. Oba już na stałe zadomowiły się w naszych umysłach. Owszem, niejednokrotnie są jedynie fasadą, która ma ładnie wyglądać, i która ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Ale to tak jak z wszelkimi kodeksami prawnymi: to, że ktoś je łamie, nie podważa ich wagi i przydatności.

Sam mam do firmowych misji i wartości podejście bardzo pragmatyczne. Inaczej, według mnie, nie może w ogóle być. One nie mają być tylko świętym Graalem (gdzieś tam jest i wciąż go szukamy). Nie mają przede wszystkim świetnie brzmieć i ładnie wisieć na ścianie. Musi wynikać z nich coś bardzo konkretnego, wręcz mierzalnego. Coś, co charakteryzuje akurat naszą firmę i naszych ludzi. Jeśli misja i wartości brzmią tylko ładnie i uniwersalnie, nic z nich nie będzie. Jeśli brzmią tak, że wstawiając zamiast nazwy naszej firmy dowolną inną, nadal są dobre, to… horoskop i barnumowskie gadanie to jest, a nie misja i wartości.

Pora więc się wytłumaczyć, co mam na myśli pisząc „…podejście pragmatyczne”. Chodzi mi o dwie rzeczy. Pierwsza jest sprawdzalna natychmiast i zawiera się w pytaniu, które mam okazję zadawać systematycznie, szczególnie liderom od wysokich po najwyższe stanowiska. To proste pytanie: „Co ta misja i wartości oznaczają w codziennych i powtarzalnych zachowaniach dla Ciebie, dla Twojego podwładnego i pozostałych ludzi na konkretnych stanowiskach aż po najniższe?”. Jeżeli organizacja przeszła pełną ścieżkę od zdefiniowania misji i wartości aż po opis wynikających z nich zachowań w konkretnych codziennych sytuacjach jest dowodem potraktowania całego procesu poważnie. W innym przypadku pozostaje erozja w kierunku świetnie brzmią i ładnie wiszą na ścianie. W efekcie lepiej, żeby ich wtedy w ogóle nie było. Bo gdy są i nic nie znaczą, niszczą tylko zaufanie pracownik-szefostwo.

Druga rzecz jest tak samo dla mnie ważna, jak pierwsza, choć już nie jest do natychmiastowego zdefiniowania i przeniesienia na papier. Służy bowiem sytuacjom niepewnym, niestandardowym, niecodziennym. A takich też przecież mamy sporo. Właśnie, gdy sytuacja jest niestandardowa i nie mamy wzorca, jak postąpić… czytamy jeszcze raz misję i wartości. Zastanawiając się jak postąpić, zadajemy sobie, rozważając dowolny scenariusz, pytanie: czy to byłoby zgodne z misją i wartościami? Jest to dla nas ostateczny punkt odniesienia. Masz wątpliwości, wróć do fundamentów. Wtedy wszystkie te pojęcia w rodzaju „…bezpieczeństwo / najlepsza obsługa klienta / najtańszy na rynku / najszybszy” itd. nabierają właśnie bardzo pragmatycznego wymiaru. Nie moja wygoda, czy święty spokój są celem, a właśnie misja i wartości i względem nich dokonujemy ostatecznego wyboru, jak postąpić.

Przejdźmy teraz do drugiej i zasadniczej części artykułu. Tej, której dotyczy tytuł i wspomniana tam góra na horyzoncie. Kwestię misji i wartości dla organizacji już jako tako ogarnęliśmy i w biznesie, i poza nim. Mamy szereg przykładów dobrych i złych, potrafimy to już jakoś i zaadaptować w swoim otoczeniu (mam przynajmniej taką nadzieję). Ku mojemu zaskoczeniu… nijak nie umiemy tego odnieść do samego siebie i swojego życia. „Nijak” w masowym ujęciu, bo wyjątki oczywiście się zdarzają, ale są dosyć nieliczne. Tak wynika przynajmniej z moich obserwacji. Misja dla firmy? Proszę bardzo. Wartości dla firmy aż po codzienne zachowania? Proszę bardzo. Wartości dla siebie samego aż po codzienne zachowania i codzienną samokontrolę łącznie z konsekwentnym przeciwstawianiem się ich łamaniu, choćby przez szefa? Hmm… robi się trudniej. W pierwszym odruchu niemal każdy się żachnie myśląc „Ależ mam wartości, co to za kwestia?!” (w to akurat nie wątpię). Jednak to dopiero krok pierwszy z trzech i przy analizie dwóch kolejnych już bywa trudniej. Tę kwestię trzech kroków opisu i analizy własnych wartości opisałem wcześniej w artykule „Wartości, czyli tam i z powrotem…” (LINK). Zapraszam do lektury.

Pozostaje kwestia własnej misji. Nie bycia częścią misji organizacji, czyli czyjejś, ale właśnie indywidualnej, osobistej. Zilustruję to przykładami, tak chyba będzie najprościej. Kontaktuje się ze mną menedżer i mówi, że ma dwie lub nawet trzy oferty pracy. Analizuje je samodzielnie i trudno mu podjąć decyzję. Prosi więc o konsultację zawodowca, czyli mnie. Zadaje przy tym oczywiste dla niego pytanie, którą wybrać. Wiele lat temu, jako młody stażem konsultant popełniałem ten sam błąd, co zdecydowana większość ludzi w takiej sytuacji: zaczynałem porównywać te oferty między sobą. O ile nie różnią się jakoś dramatycznie, to zwykle jest droga donikąd i jednak pozostaje rzut monetą. Tutaj jest więcej pieniędzy, za to tutaj większy zespół, ale tutaj większe budżety, a tam ciekawsze produkty, za to tamte produkty może i mniej ciekawe, ale bardziej perspektywiczne rynkowo, tutaj mam Polskę, a tam większą ekspozycję międzynarodową, tutaj jest nowy dla mnie kanał dystrybucji, a tam będę miał możliwość budowania czegoś od podstaw, tutaj będzie do pracy pół godziny, a tam trzeba będzie się chyba przeprowadzić… I tak w kółko. Ile byśmy nie analizowali, wszędzie plusy i minusy. Jak byliśmy skołowani, tak pozostaliśmy.

Już od lat zadaję w takiej sytuacji bardzo konkretne pytanie. Pytanie, które wprawia w zadumę zdecydowaną większość rozmówców. To proste pytanie, które radykalnie zmienia sytuację i dodaje fundamentalne kryterium oceny wszystkich ofert. Co ważniejsze, nie do oceny ofert między sobą (!), a do ich oceny względem wspólnego kryterium zewnętrznego. To pytanie właśnie o osobistą misję. Brzmi ono: „A jaki jest Twój długoterminowy cel zawodowy?”. Czyli właśnie, gdzie jest Twoja góra na horyzoncie, która pomaga korygować kierunek trasy, gdy masz wątpliwości. Jeżeli masz koncept swojego rozwoju, swojego miejsca, w które celujesz w długim terminie, wtedy odnosisz oferty pracy właśnie do tego celu. Czy dana oferta przybliża Cię do tego celu, oddala (choć pozornie jest bardzo atrakcyjna, tu i teraz), czy też jest względem niego neutralna. Jak napisałem, w tym momencie zdecydowana większość rozmówców milknie i popada w zadumę. Oczywiście nie zostawiam ich samych i, jeśli zechcą, wspieram ich w znalezieniu własnej odpowiedzi. Jeśli czas ciśnie, to chociaż w wersji „draft”. Jeśli czasu więcej, to i analiza solidniejsza.

Drugi przypadek jest jeszcze szerszej i głębszej natury. Menedżer nie ma naglących ofert. Po prostu zaczyna się zastanawiać nad dalszym ciągiem kariery, bo jego obecne miejsce wyczerpało już możliwości dostarczania obopólnych korzyści. Przychodzi w tedy z podobnym, ale jednak nie takim samym pytaniem: „Jaka powinna być moja następna praca i jaka jest obecna sytuacja na rynku pracy?”. Wtedy i moja odpowiedź jest nieco szerszej natury. Odpowiedź w formie pytania, jak i poprzednio. To pytanie brzmi: „A jak chcesz żyć za xx lat [niech będzie 10] i czego elementem ma być wtedy praca?”. Wchodzimy wtedy piętro wyżej, bo zajmujemy się życiem po całości, a nie samą karierą. Jak można się domyślać, po tym pytaniu najczęściej zapada taka sama cisza i zaduma, jak po poprzednim.

Masz swoją górę na horyzoncie? Masz swoje zewnętrze i fundamentalne kryterium do oceny scenariuszy i potencjalnych ścieżek? Masz swoje kryterium do… wytyczania własnej ścieżki prowadzącej w kierunku góry? Jaka jest Twoja misja?

PS wszystkich, którzy w tym momencie zakrzykną „Ale świat jest tak zmienny, że planowanie czegokolwiek długoterminowo jest bez sensu!” odsyłam do artykułu „Kariera a wspinaczka, czyli niebanalna lekcja z gór” (LINK).

A na gorąco tylko przypomnę słynną maksymę przypisywaną Eisenhowerowi: „Plan jest niczym, planowanie wszystkim”. Żadna wojna, czy bitwa nie potoczyła się wedle czynionych wcześniej planów. Jednak wygrywają zwykle ci, którzy planują. Bo inicjatywa jest w ich rękach.

Previous Jordan B. Peterson, "12 życiowych zasad", recenzja
Next Wzmocnienie pozytywne

Powiązane wpisy

Autorefleksja

Zapisz słowo „miecz”. Masz styl w sieci, czy kopiujesz?

Film Hero. Bohater wyjaśnia cesarzowi Chin: „Słowo miecz można zapisać na 19 sposobów; poprosiłem przeciwnika, by zapisał je na swój, 20. sposób; po to, by przed walką poznać jego styl”.

Autorefleksja

60.000 odsłon w ciągu 1. roku!

Równo rok temu uruchomiłem tę stronę. Wcześniej kilkadziesiąt lat zbierałem doświadczenia, a kilka lat świadomie już odkładałem tę chwilę „na później”, by mieć pewność, że jestem gotów. To „jestem gotów”

Autorefleksja

Work-life-balance, odczarowanie mitu

To kluczowy artykuł. Jest szkieletem, który łączy ogromną część innych moich publikacji dotyczących autorefleksji w logiczną całość. Z wielu puzzli w tym momencie powstaje bardzo już klarowny obraz. Używając tolkienowskiej