Jordan B. Peterson, „12 życiowych zasad”, recenzja

Jordan B. Peterson, „12 życiowych zasad”, recenzja

Najkrócej – rozczarowanie roku, niestety… Z rozdziału na rozdział mina mi rzedła, a lektura stawała się męką. Oczekiwałem ważkich przemyśleń filozofa, otrzymałem stek fejsbukowych haseł. Żenująca lektura, której popularność może chyba być właśnie symbolem naszych czasów. Czasów pop-mądrości.

Co mnie zachęciło do lektury?

Metodą prób i błędów wyrobiłem sobie kilka zasad podczas doboru lektur kanonu intelektualnego (czyli poza literaturą piękną). Wszystkiego nie da się przeczytać, to trywialna, acz boleśnie prawdziwa uwaga. Już w przeszłości napisano ogrom dzieł, które znać warto. Tutaj pomaga filtr czasu, który jest bezlitosny. Mimo to i tak jest to wspomniany ogrom do ogarnięcia. Tym bardziej, że chodzi o czytanie ze zrozumieniem, poszerzanie horyzontów i inspirację do własnych przemyśleń. To nie kartofle do pochłaniania na czas.

Teraźniejszość jest dla ambitniejszego czytelnika jeszcze trudniejsza. Książkę dzisiaj napisać każdy może (przynajmniej tak uważa) i ogromna liczba ludzi robi to wierząc, że mają coś do powiedzenia. Tutaj filtr czasu nie działa. Mamy za to nieustający wysyp „przebojów i bestsellerów” tej, czy innej gazety, autorstwa guru od wszystkiego. Wzmacniane jest to potężną machiną marketingową, która pompuje balonik wartości, podbudowuje to liczbą sprzedanych egzemplarzy (społeczny dowód…). Samo nadążanie za coraz to nowymi pozycjami jest praktycznie niemożliwe. A przecież mamy do przeczytania także wspomniane ważne dzieła starsze. Już uświadomienie sobie, ze owo nadążenie za nowościami jest niemożliwe ma dla mnie wartość trzeźwiącą. Skoro nie dasz rady, to się tym nie stresuj, a zacznij myśleć, czym się kierować dokonując wyboru. Tak oto dochodzimy do moich wspomnianych zasad. Są proste:

– osoba autora – pierwszeństwo mają naukowcy piszący na temat swojej specjalizacji; najchętniej z przynajmniej kilkunastoletnim doświadczeniem badań. Może też być autorem praktyk zajmujący się daną dziedziną kilkanaście i więcej lat, który, uwaga, nie żyje z opowiadania o tym, ani z zapełniania sal za biletami, ani wydawania systematycznie dwóch książek rocznie (jeżeli ktoś taki napisał kilkanaście i więcej książek, zapala mi się ogromna czerwona lampa! Nie da się hurtowo tworzyć i sprzedawać mądrości. Hurt oznacza nieuniknione trociny). Trzeci przypadek, to autor opisujący swoje konkretne i mierzalne osiągnięcie. Na przykład ludzie, którzy zbudowali firmę i… ta firma przetrwała,

– osoby polecające lekturę – mam tu na myśli bardziej osoby, którym sam ufam, bo je znam i wierzę w ich wybory. Nie muszę się z nimi zgadzać, ale wiem, że mają duże wymagania intelektualne. Mniej ufam peanom drukowanym na okładkach, bo to zwykle klepanie się po plecach i wzajemne wsparcie marketingowe „Ja ciebie, ty mnie”,

– mini filtr czasu – poczekać nawet rok czy dwa, by skłonić się do jakiejś lektury, to dla mnie żaden problem. Jeżeli jest dobra, to będzie tak samo dobra za dwa lata, gdy już kurz marketingowy opadnie. Teraz jest ogromny szum i wszędzie słychać pokrzykiwania, jak bardzo ta książka zmieni świat i nasze jego postrzeganie? Nie ma sprawy, poczekam. Bo im większy szum, tym większy mój początkowy dystans. Zwykle słusznie…

Z perspektywy lat mogę już powiedzieć: to działa. Nie mam poczucia, że coś mi umyka. Przestałem też obawiać się otwarcie przyznawać „Ne, nie przeczytałem tej książki” (bo przeczytałem wystarczająco dużo innych dobrych). Okazało się, że to jakoś nie rujnuje mojego wizerunku.

Co więc mnie zachęciło do lektury „12 życiowych zasad”? Osoba autora spełnia kryteria początkowe. Profesor psychologii, autor wcześniejszej książki „Maps of meaning” dotyczącej psychologii religii, która to książka uznawana jest za złożoną i pisaną dla treści, a nie poklasku i pieniędzy. Do tego współpraca z uznanymi uniwersytetami światowej czołówki intelektualnej.

Drugi czynnik zachęcający, to spis treści i przejrzenie Przedmowy i Wstępu. Część zasad, będących tytułami rozdziałów, brzmi nieomal jak tytuły moich artykułów, więc doszedłem do wniosku, że będzie ciekawe poznać ścieżkę rozumowania innej dojrzałej osoby. Mam tu na myśli szczególnie zasady nr 4, 6, 7, 8, 9, 10. Z kolei Przedmowa i Wstęp dawały nadzieję na pokazanie sporów wewnętrznych Autora, jego ostatecznych wyborów z uzasadnieniem oraz przedstawieniem złożoności i niejednoznaczności tła, a nie wykładu ex cathedra „Jak żyć i postępować dla opornych w 48 godzin”.

Sygnały ostrzegawcze, które zignorowałem…

Muszę przyznać, że sygnały ostrzegawcze miałem przed oczami. Zignorowałem je jednak. Umknęły mi. Ich wagę zrozumiałem dopiero podczas lektury książki.

Pierwszy, to refleksje Autora we wstępie na temat swojej aktywności i popularności w sieci. „Respondenci [portalu] są anonimowi i bezstronni. Ich oceny są spontaniczne i obiektywne”. Zaraz, zaraz, profesor filozofii i pisze takie rzeczy? Toż to brzmi niemal jak naiwny społeczny dowód, że skoro wielu podoba się to, co piszę, to oni są mądrzy oczywiście, a to co piszę też mądre i ważne musi przez to być…

Drugi, to dygresja Autora w tymże wstępie na temat odczytywania i interpretacji swojego snu i kilka uwag o psychoterapiach. Freud się też pojawił. Aha, korzenie psychoanalityczne… Podszedłem do tego kierując się swoim doświadczeniem z Frommem: też wypisywał sporo naiwności o snach, psychoterapii, socjalizmie i organizacji społeczeństwa, ale zostawił po sobie również wspaniałe eseje o relacji obywatel-państwo, aktualnych do dzisiaj. Ok., dajmy szansę i Petersonowi.

Trzeci sygnał znajdował się w przedmowie dr. Normana Doidge’a. Po pierwsze, nie sprawdziłem samego Doidge’a (autor bestselerowej książki New York Times, co jakże często oznacza „Omijaj!”. Pamiętasz wątek poklepywania się autorów po plecach…). Po drugie pojawia się tam wątek Petersona jako charyzmatycznego gawędziarza na wieczornych imprezach intelektualistów. Takiego, co to go kamera też kocha. Da się z tym żyć, ale jakże często idzie za tym brak intelektualnej pokory, skłonność chodzenia na skróty oraz błyskotliwa powierzchowność (bo trudne prawdy zwykle nie sprzedają się masowo i na YouTube). Coś jak niby-intelektualne pogaduchy frustratów w filmach Woddy’ego Allena.

Nie wykonałem też tak podstawowego ćwiczenia, jak chociażby lektura tekstu o Petersonie w Wikipedii. Z zasady dbam o oddzielenie osoby autora od dzieła. Każdy może napisać coś wartościowego. Nawet jeśli żyje i działa wbrew głoszonym zasadom. Jednakże zapoznanie się z faktami z życia intelektualnego i wydawniczego Petersona (nie opiniami na ten temat, a faktami właśnie) byłoby także istotnym ostrzeżeniem. Bo jeśli ktoś po sukcesie wydawniczym książki „12 życiowych zasad” niedługo później idzie za ciosem i pisze kontynuację „12 More Rules for Life”, to sygnał, ze liczy się kasa, misiu, kasa… Jest tam też szereg innych ostrzegawczych kwestii. Po prostu sam zajrzyj i już oceń wedle swego uznania, proszę.

Co otrzymałem?

Po pierwsze, nikt nigdzie nie wspomniał (Przedmowa, Wstęp, obwoluta), że to niemal książka… kaznodziejska. Tak, tak, kaznodziejska. Peterson nie pisze jej z pozycji filozofa, naukowca pokazującego, w jak różny sposób inni filozofowie oraz religie (a jest ich wiele i wszystkie mają taką samą podstawę, czyli wiarę w kanony) traktują omawiane kwestie. Pisze ją co chwilę odwołując się do jednej religii i do jej świętej księgi, czyli do chrześcijaństwa i Biblii. To dominujący wątek w książce. Zrozumiały, gdyby pisał ją ksiądz, pastor, kaznodzieja w zapale krzewienia wiary. Zbyt wiele tam stwierdzeń typu „Świat jest cierpieniem z racji grzechu pierworodnego i wygnania Adama i Ewy z raju”, czy też „Co by się stało, gdybyśmy wszyscy, zamiast skupiania się na własnym komforcie, zaczęli spożywać Słowo Boże?”. Nawet wśród wyznawców chrześcijaństwa takie zdania dzisiaj nie wywołają żadnego rezonansu, bo cóż to za odkrycia dla nich. Wnioski Petersona w stylu „Całe dekady zabrało mi zrozumienie morału tej [biblijnej] historii. Oto on:…” lub „Jeśli nie identyfikujesz się z tym uczuciem, po prostu nie myślisz dostatecznie głęboko” są niczym innym, jak narzuceniem czytelnikowi narracji i ustawianiem się w pozycji tego, który „już wie”. Do tego wie, bo wyznaje konkretną religię. Jeną z wielu przecież. A obietnice były inne.

Po drugie, jest to dzieło od podstaw pisane w stylu obliczonym na zasięgi i polubienia. Widać, ile pracy włożono, żeby stężenie storytellingu i dowcipów na metr kwadratowy przybliżało Autora do sukcesu mierzonego nie jakością wywodu, a łatwością jego zasysania i popularnością. Brak w tym lekkości, widać twardą matrycę redakcyjną, ale… rolę spełniło. Są odsłony na YT, jest popularność, kasa się zgadza.

Po trzecie, jest to tekst rozwlekły, ni to filozoficzny, ni to w nurcie rozwojowym, ni to life-coachingowy, ni to psychologiczny, ni to antropologiczny itd. Peterson tu dziubnie, tam dotknie, tam uszczknie i tak w kółko. Mamy w efekcie poplątanie z pomieszaniem właśnie mistyki, religii, psychologii, psychoanalizy, porad jak żyć, antropologii, neurologii i kazań. Peterson z każdej z tych dziedzin bierze jakiś wygodny dla niego fragment i niestety zamiast ewentualnej metaanalizy dostajemy płytki kolaż. Bardziej popis oczytania i elokwencji Autora, stroszenie przez niego piór na wzór pawia, niż wartość dla czytelnika. Ze zdumieniem łapałem się na tym, że co rusz zniecierpliwiony zaczynam przerzucać strony, porzucając systematyczne czytanie. No i utknąłem potężnie w połowie, gdy lektura każdej kolejnej strony była już poświęceniem i powodowała niemal fizyczny ból.

Po czwarte, jakże pozorna jest głębia tej książki. Jest pełna chwytliwych, dobrze brzmiących i niewiele znaczących haseł. Idealnych właśnie na fejsy, instagramy i youtuby. Takich, co to człowiek się intelektualnie nie zmęczy, a ma poczucie, że coś mądrego czyta i później może powtórzyć, żeby zabłysnąć w towarzystwie. Najlepiej okrasić to własnym zdjęciem w stylu „Zapatrzony/a w dal romantyk/romantyczka” lub „Właśnie przebiegłem kolejne 2 miliardy kilometrów” i mamy super pościk. Papka. Szczególnie atrakcyjna dla ludzi młodych i jeszcze niezbyt oczytanych. Dobra w tym sensie, że może na nich robić wrażenie. Kilka przykładów:

„Jeśli każdy z nas, z osobna, będzie żył właściwie – rozkwitniemy jako zbiorowość”

„Piękno zawstydza brzydotę. Siła zawstydza słabość. Śmierć zawstydza życie. Ideał zawstydza zaś nas wszystkich”

„Droga w dół jest łatwiejsza niż w górę”

„Ale trudniej jest wydobyć kogoś z otchłani niż pomóc mu wyjść z rowu. Niektóre otchłanie są bardzo głębokie, a na ich dnie niewiele już z człowieka zostaje”

„Przyjaźnij się z ludźmi, którzy życzą ci jak najlepiej”

„Przyszłość pod wieloma względami podobna jest do przeszłości. Z jedną kluczową różnicą. Przeszłość jest niezmienna, a przyszłość wciąż można zmienić na lepsze”

„Teraźniejszość nigdy nie jest taka, jak byśmy chcieli”

„Może na twoim biurku leży plik papierkowej roboty, której od dawna unikasz? […] Dostrzeż swój strach i okaż mu trochę zrozumienia. Być może w tej stercie papieru czają się węże. Być może zostaniesz ukąszony. Być może czają się tam nawet hydry. Utniesz jedną głowę, a na jej miejsce wyrośnie siedem nowych”

„Jeśli świat, który mamy przed oczami, nie jest światem, jaki chcielibyśmy widzieć, to sygnał, aby przyjrzeć się naszym wartościom. […] Być może to nawet sygnał, aby poświęcić to, co najmocniej kochamy, aby stać się tym, kim możemy się stać, a nie być jedynie tym, kim jesteśmy” – to tekst napisany w kontekście… gotowości Abrahama do zabicia w ofierze własnego syna (!). Idealne motto dla wszelakiej maści narcyzów i egoistów. Oni przecież nie są narcyzami i egoistami; oni po prostu dokonują aktu poświęcenia swoich partnerek/partnerów/przyjaciół/dzieci, aby „…stać się tym, kim możemy się stać…”

„Ból i cierpienie definiują świat”

„Nie chowaj malutkich potworków pod łóżkiem. Zadomowią się tam i urosną w ciemnościach”

„Wyjdź naprzeciw chaosowi Istnienia. Obierz cel na przekór morzu problemów”.

I tak dalej, i tak dalej… To sporo wyjaśnia, skąd tak powszechna popularność, odsłony, polubienia.

Czy ta książka, to samo zło? Oczywiście nie. Są tam myśli sensowne (w swojej oczywistości przeważnie). Jest tam całkiem uzasadniona krytyka aż nazbyt poprawnej poprawności politycznej, która czasem knebluje już usta. Jest kilka sensownych uwag na temat wychowywania dzieci. Nie są to jednak rzeczy ważkie i odkrywcze lub chociaż odkrywczo podane. Bardziej tu pasuje samokrytyczny cytat profesora Jamesa Fallona z książki „Mózg psychopaty” (na marginesie, gorąco polecam!): „…jeśli dużo się mówi, to czasami ma się rację”.

Podsumowanie

Powódź słów (jakby płacone miał od wiersza i całkowitej objętości). Chaotyczne puzzle z wielu obszarów, które nijak nie składają się w obrazek. Popis elokwencji i oczytania Autora, stroszenie piór. On po prostu…, przepraszam za brutalny kolokwializm, trzepie kasę na sprzedaży intelektualnych błyskotek. Wciska nam koraliki żądając w zamian prawdziwego złota. I dostaje je. Dodatkowo w postaci zaspokojenia własnego ego, czego potrzeba systematycznie wyskakuje z kart książki. Czy czytać? Suma sumarum przytoczę wielokrotnie powtarzane przeze mnie zdanie: czytać, bo żeby wiedzieć, że coś jest dobre, trzeba poznać także te złe utwory. I to jest ten zły. Choć jeśli masz problem z czasem i nadmiarem potencjalnych lektur, możesz się ograniczyć do tej recenzji i Petersona przesunąć na koniec kolejki.

PS a zdanie widniejące w dolnej części okładki (patrz zdjęcie), to typowa marketingowa ściema…

Previous Klątwa: wady i zalety
Next Masz swoją górę na horyzoncie?

Powiązane wpisy

Autorefleksja

Mit nr 3: rób, co kochasz, a dnia w pracy nie będziesz

Tytułu Pogromcy Mitów sobie (jeszcze) nie przyznam. Przypomnę jedynie, że przynajmniej dwa z tych mocno pokutujących już nadkruszyłem. Mam na myśli cudowny lek na wszystko, czyli „Bądź sobą!” (LINK) oraz

Autorefleksja 0 komentarzy

Galeria Sław, czyli moje miejsce mocy

Moje artykuły i komentarze wywołują spory oddźwięk i są często komentowanie. Zwykle pozytywnie i twórczo, choć i z dozą krytycyzmu. Z pierwszego się oczywiście cieszę (człowiekiem zaledwie jestem), za drugie

Autorefleksja

Freud, „Wizerunek własny”, recenzja nr 9

„Nauka ta rzadko potrafi sama bez wsparcia innych dziedzin załatwić jakieś zagadnienie, ale wydaje się, że jest powołana, aby najrozmaitszym naukom dostarczyć ważnych przyczynków”. Kto i o czym to napisał?