Horney, „Nowe drogi w psychoanalizie”

Horney, „Nowe drogi w psychoanalizie”

Karen Horney (1885-1952) to dla psychoanalizy znacząca postać. Jedna z pierwszych kobiet w Niemczech, które ukończyły studia medyczne. Później poświęciła się psychoanalizie właśnie i była autorką szeregu wpływowych książek, jak choćby „Neurotyczna osobowość naszych czasów” z 1937 roku. Współpracowała m.in. z Erichem Frommem, którego książki też tutaj opisywałem (choćby „O nieposłuszeństwie i inne eseje” LINK). Gorąca zwolenniczka psychoanalizy, dociekliwa intelektualnie, twórcza, współpracująca z wieloma znakomitościami swojego pokolenia. Jej książka „Nowe drogi w psychoanalizie” pochodzi z 1939 roku, czyli została wydana na blisko czterdziestolecie psychoanalizy. Wniosek – było już o czym pisać, bo doświadczeń zebrało się sporo.

To bardzo ważna książka. Podsumowuje pierwsze 40 lat teoretycznego rozwijania psychoanalizy i jej praktycznych efektów. Waga tej książki nie zmalała do dzisiaj. Nawet w roku 2020 czyta się ją z nieustającą uwagą, chwilami z zapartym tchem i jest się pobudzonym intelektualnie. Przynajmniej ja byłem. Tyle że w dużej mierze w sposób niezamierzony przez Autorkę… O tym, dlaczego, poniżej.

  1. Psychoanaliza w wersji Freuda et consortes

Zaczyna się wedle słynnego przykazania Hitchcocka, że na początku musi być trzęsienie ziemi, a później napięcie powinno rosnąć. Już w pierwszym akapicie Autorka pisze „Doszłam do wniosku, że niemal każdy pacjent przychodził do nas z problemami, których na podstawie naszej dotychczasowej wiedzy psychoanalitycznej nie potrafiliśmy rozwiązać i które w rezultacie pozostawały nierozwiązane”. Mocne. Przecież w praktyce to oznacza „Uważamy, że leczymy ludzi, ale przez 40 lat nie ma wiarygodnych efektów”. Później dodaje równie wprost: „Jeśli psychoanaliza chce rozwinąć swoje ogromne możliwości, to musi ona uwolnić się od spuścizny przeszłości […] Wciąż nie bardzo wiemy, dlaczego u niektórych pacjentów następuje poprawa, a u innych nie”…

Dokładnie to samo dotyczy wróżek, homeopatów, „leczących” dzwonkami, kamieniami, woskiem, czy co tam sobie kto wymyśli. A przecież pisze to osoba będąca wręcz wyznawcą koncepcji psychoanalizy i wierząca w nie do końca swych dni. Osoba, która o Freudzie pisze wielokrotnie nie inaczej, niż „geniusz”.

Poszczególne rozdziały książki biorą tytuły od głównych problemów opisywanych przez Freuda, jak: Podstawy psychoanalizy / Teoria libido / Kompleks Edypa / Koncepcja narcyzmu / Psychologia kobiety [tutaj to się dzieje, temat na osobny artykuł…] / Popęd śmierci / Akcentowanie wagi przeżyć dziecięcych / Koncepcja przeniesienia / Kultura a nerwice / Ego i id / Lęk / Koncepcja superego / Neurotyczne poczucie winy / Zjawisko masochizmu. Autorka przybliża za każdym razem postulaty Freuda, co samo w sobie jest już cenną lekturą. Mamy przewodnik po Freudzie. W dalszej części każdego rozdziału Horney metodycznie rozprawia się… ze wszystkim. Tak, ze wszystkim. Od konstatacji, że nie działa, po wskazywanie dziur w rozumowaniu swojego mistrza, z których jasno wynika, że działać to nie może.

Pozwolę sobie przytoczyć co istotniejsze podsumowania wywodów: „pochopne uogólnienia / to, co proponuje się jako dowody, składa się z nieuzasadnionych analogii i uogólnień / krótko mówiąc, wszystkie twierdzenia teorii libido nie są dostatecznie uzasadnione / złudzenie zrodzone przez teoretyczne uprzedzenia / psychoanalityk nie dysponuje żadnym prostym narzędziem pomiarowym pozwalającym mu stwierdzić, czy ktoś jest zdrowy, czy nie / nowsza teoria dodaje w drodze spekulacji…” itd.

W pewnym momencie Autorka posuwa się wręcz do takiej konstatacji: „Oceniając koncepcję „ego” doszłam do takich samych wniosków, jak w przypadku prawie każdej doktryny zaproponowanej przez Freuda – leżące u jej podstaw niezwykle przenikliwe i głębokie obserwacje zostały pozbawione konstruktywnej wartości wskutek włączenia ich do niekonstruktywnego systemu teoretycznego” (podkreślenie moje). Czyli do kosza. Kombinował może Freud i dobrze, ale na końcu wykombinował źle. A skoro takie wnioski płyną z ust wyznawczyni, to ich moc jest szczególna.

  • Terapia psychoanalityczna

Ten rozdział Autorka zaczyna niestety bardzo źle. Zacytuję pierwsze zdanie: „Terapia psychoanalityczna, jeśli nie opiera się na intuicji lub nie kieruje się zwykłym zdrowym rozsądkiem, pozostaje pod wpływem koncepcji teoretycznych”. Uff…

Czyli Horney widzi tylko dwie możliwości. Pierwsza z nich to wspomniane koncepcje teoretyczne, te spekulatywne, niekonstruktywne i w żaden miarodajny sposób nie sprawdzone, w które wtłacza się każdego pacjenta. To pacjent ma się dopasować do koncepcji, a nie odwrotnie. Druga, to poleganie na intuicji i zdrowym rozsądku. Tylko że każdy ma swoją intuicję i swój zdrowy rozsądek i one potrafią różnić się wręcz piekielnie. To nie problem, gdy rozprawiamy, jaki się komuś podoba obraz, film, czy potrawa, ale jeśli to ma decydować o przebiegu leczenia, to już jest problem. Jedno z częstszych sformułowań w książce Horney, to „wydaje się” (słuszne, uzasadnione itd.). No właśnie, problem w tym, że każdemu ma prawo wydawać się co innego. I właśnie tak się dzieje. Czyli ta możliwość niewiele lepsza od pierwszej. Obie stanowią przeciwstawne końce skali. Na jednym końcu mamy dogmatyzm, na drugim hulaj dusza i kieruj się intuicją/zdrowym rozsądkiem, choć każdemu to podpowiada co innego.

To zaskakujące, że Horney nie widzi trzeciej ścieżki. Tej bazującej na badaniach naukowych zamiast spekulacji na bazie obserwacji pojedynczych przypadków i ich intuicyjno-zdroworozsądkowej (?) interpretacji. Tym bardziej, że w tej samej książce Autorka słusznie zauważa, że Freud zajmował się specyficznym wycinkiem społeczności i w nieuprawniony sposób generalizował swoje wnioski (spekulatywne, że powtórzę) na cały rodzaj ludzki. Tym bardziej, że tzw. „metoda naukowa” nie mogła jej nie być znana. Choć rzeczywiście do psychologii przebiła się w sposób trwalszy dopiero w naszym wieku, XXI, a i to w bólach.

  • Co z tym fantem zrobić

Jakie wnioski z tego wszystkiego wyciąga Karen Horney? Hmm… Odważyła się zakwestionować dokonania swojego mistrza o statusie niemal boskim. Za to szacunek. Tym bardziej, że rozłożyła koncepty Freuda na czynniki pierwsze i trafnie je wypunktowała. Ba, to jest wręcz nokaut, a nie zwycięstwo na punkty. Ale tutaj się zatrzymała, nie poszła dalej, choć kolejny krok dla obserwatora zewnętrznego jest raczej naturalny. Zamiast zauważyć, że skoro wysadziła w powietrze fundamenty, cała budowla nie ma prawa stać, ona… rozstawiła rusztowania do położenia nowego tynku. Czyli idzie ścieżką „Freud geniuszem był, mylił się niemal we wszystkim, ale psychoanaliza to zbyt dobry koncept, żeby mógł być fałszywy. Coś trzeba ująć, coś dołożyć i zacznie działać”. Ona niezmiennie wierzy w ogromne możliwości psychoanalizy, patrz choćby drugi akapit tego artykułu. No i puszcza psychoanalizę nowymi ścieżkami, proponując swoje modyfikacje. Nie są one pozbawione sensu. Horney poświęca sporo uwagi czynnikom kulturowym, co Freud pomijał. Podnosi też kwestię istotności indywidualnych (czytaj odmiennych) ludzkich charakterów i koncentracji na „dzisiaj”, zamiast grzebać się tylko we wspomnieniach z dzieciństwa. Problem w tym, że jej propozycje są ostatecznie niestety równie spekulatywne, jak Freuda. Trafnie to ujął we wstępie do omawianego wydania książki Krzysztof Mudyń. Mimo całej swojej życzliwości dla Autorki stwierdza: „Nie interesuje jej również naukowość lub nienaukowość uprawianej przez nią działalności i prezentowanej wiedzy”. Ano właśnie…

A jaki dalszy ciąg ma ta historia? Dosyć charakterystyczny dla tego nurtu. Mija kolejnych trzydzieści lat, rok 1970, Erich Fromm (też dozgonny wyznawca) publikuje książkę… „Kryzys psychoanalizy”. I co robi, skoro to nadal nie działa? Diagnozuje śmierć, po czym pudruje trupa tak samo jak Horney. Psychoanaliza jak socjalizm, czyli coś, co tak fajnie brzmi, że nie może być nieprawdziwe. Nomen omen Fromm w socjalizm też wierzył i głosił, że musi istnieć jakaś jego dobra wersja. Ale o tym kiedy indziej.

  • Podsumowanie

To bardzo ważna książka. Zdecydowanie warto ją znać. Bardzo polecam lekturę. Jej efekt jest miażdżący i to w stopniu dalekim od pierwotnych zamierzeń Autorki. Trzeba jej oddać odwagę intelektualną, choć zatrzymała się w pół kroku. Szczególnie z perspektywy kolejnych 80 lat naszych doświadczeń.

Bo tym się różni psychoanaliza od nauki, że koncepcje Ptolemeusza, niezależnie od szacunku dla jego wkładu w rozwój myśli, poszły do lamusa i nikt się nimi nie posługuje w astronomii. Nawet gdyby chciał, to nie będzie przez nikogo traktowany poważnie. A już na pewno nikt nie powierzy komuś takiemu ludzkiego życia czy zdrowia (np. planując lot na Marsa lub wysyłając satelitę telekomunikacyjnego). A tak trafnie rozbite w pył przez Horney już w 1939 roku koncepty Freuda są nadal w powszechnym użyciu. Oraz ich setki modyfikacji budowanych na takich samych spekulatywnych podstawach. Ciągle dobre, choć „Wciąż nie bardzo wiemy, dlaczego u niektórych pacjentów następuje poprawa, a u innych nie”.

PS Posługiwałem się książką wydawnictwa Vis-a-vis Etiuda z 2018 roku, seria Meandry Kultury.

Previous Ciekawostka psychologiczna: lew czy owca?
Next Czego uczy Drużyna Pierścienia? Cz. 1 z 2

Powiązane wpisy

Autorefleksja

Zapisz słowo „miecz”. Masz styl w sieci, czy kopiujesz?

Film Hero. Bohater wyjaśnia cesarzowi Chin: „Słowo miecz można zapisać na 19 sposobów; poprosiłem przeciwnika, by zapisał je na swój, 20. sposób; po to, by przed walką poznać jego styl”.

Autorefleksja

A skąd to wiesz?

To jedno z najważniejszych pytań podczas moich rozmów. Także z samym sobą. Jestem dosyć często zapraszany do bycia sparingpartnerem intelektualnym. Zwykle przez dojrzałych menedżerów lub tych stojących u progu wejścia

Autorefleksja

Wiedza zamiast opinii; Noam Chomsky „Jakimi istotami jesteśmy?”

Seria Meandry Kultury. Tłumaczenia oryginalnych dzieł myślicieli. Można poznawać u źródeł, nie z opracowań. Później można dyskutować na bazie wiedzy, nie opinii. Recenzja nr 2, „Jakimi istotami jesteśmy?”, Noam Chomsky.