Czy jesteś tym, który puka? WSTĘP

Czy jesteś tym, który puka? WSTĘP

NADEJSZŁA WIEKOPOMNA CHWILA, czyli… WYDAJĘ KSIĄŻKĘ 

Takie czasy, że książkę napisać i wydać każdy może. Postanowiłem więc i ja :-). Materiału zebrało się przez ostatnie lata sporo. Fundamentem są moje cykliczne wykłady i zajęcia dla kursów Executive MBA w SGH. Nagrodzone ostatnio przez uczestników za „Najlepszą zawartość praktyczną”, co cenię wyjątkowo. Publikowane wcześniej artykuły są puzzlami, elementami obrazka, który do tej pory znałem tylko ja. Książka pokazuje już cały obrazek, czyli autorski system praktycznego prowadzenia autorefleksji oraz przejmowania sterów własnego życia. Tytuł oddaje tę ideę w krótki i metaforyczny sposób. Książka zawiera także materiał nie publikowany do tej pory NIGDZIE. Co więcej, jest to materiał kluczowy dla powiązania tychże puzzli w całość. Szczególne podziękowania dla p. Doroty Partyka z wydawnictwa Słowa i Myśli, która zdopingowała mnie do znacznie szybszego skompletowania materiału, niż to planowałem. Bez bata ani rusz…. A oto LINK do zapowiedzi książki (wyjdzie w kwietniu): „Czy jesteś tym, który puka?” 

Wstęp, czyli o czym to książka

Na rynku jest sporo publikacji zagranicznych i polskich autorów, które dotyczą kierowania swoim życiem i rozwojem zawodowym. Jeszcze więcej materiałów można znaleźć w sieci. Większość z nich mówi bardziej lub mniej porywająco o tym, ŻE należy coś ze swoim życiem i karierą zrobić. Nawet miło się to czyta i ogląda. Dużo wzniosłych słów, równie dużo przepięknych i trafnych metafor, tyle że… są to głównie wzniosłe słowa i przepiękne metafory. Mówcy motywacyjni i ich mowy mnożą się jak grzyby po deszczu. Wystąpienia, wideoklipy, audiobooki, książki i artykuły. Szlaki wystąpień od miasta do miasta, od sioła do sioła, „za biletami”, niemal jak trasy koncertowe. Jest to też coraz bardziej ukochane przedsięwzięcie stosowane przez firmy – spędzimy wszystkich pracowników do jednej sali, zakontraktujemy przemowę guru tego-i-owego, a droższy jest lepszy, a tańszy jest gorszy, im bardziej medialny, tym spokojniej spać możemy, a sprzedaż nam później ruszy z kopyta i dodatkowo wszyscy zaczną od razu lepiej współpracować, kochać się wręcz będą. Sprzedaż po takim przedsięwzięciu jakoś sama z siebie nie rusza, a poziom wzajemnego szacunku w firmie pozostaje bez zmian. Czasem wręcz spada, bo pracowników pobudzono, a później kazano im wracać do tej samej rzeczywistości. Głównymi beneficjentami są autorzy tychże bestsellerów i właśnie zawodowi mówcy motywacyjni („za biletami” to przecież). Coś na wzór programów telewizyjnych ze śpiewającymi uczestnikami – gwiazdami są przecież jurorzy, nie uczestnicy.

Dlaczego nie ma efektu? Ano dlatego, że uczestnictwo w pojedynczych spotkaniach motywacyjnych lub przeczytanie/wysłuchiwanie tego typu mów poprzez sieć ma wartość postanowień noworocznych. Chwila uniesienia, budzimy w sobie moc, olbrzyma, tygrysa, czy co tam jeszcze i pojawia się zagadnienie, które sam od lat pragmatycznie nazywam „jutro 9. rano„. Tygrys obudzony, wierzę, że mam moc, chcę i mogę wszystko, a jedyny limit, to moje ograniczone myślenie. Nic, tylko otworzyć okno i pofrunąć. Ale… od jakiego pierwszego kroku zacząć nazajutrz, właśnie o tej symbolicznej godzinie 9.? Gdy uniesienie wywołane przez zawodowego motywatora opadnie i trzeba zacząć działać, pojawia się problem. Bo pobudzić nawet pobudził, ciekawe historie opowiedział, dowcipnie do tego, ale konkretów dla każdego uczestnika z osobna nie ma. Bo jak się mówi do wszystkich, to i przekaz musi być ogólny, czyli właśnie… ŻE ze swoim życiem trzeba coś zrobić, kropka. Koniec jest taki, jak w przypadku wspomnianych postanowień noworocznych: dieta porzucona, palenie wręcz odwrotnie, robota ta sama, szefa nie lubimy, ale w sumie tylko bije, a mógłby przecież zabić, więc nie taki on zły… Wynika to z błędnego przekonania, podtrzymywanego przez wielu autorów bestsellerów i tychże zawodowych motywatorów, że wszystko jest w nas (z tym jeszcze częściowo można się zgodzić, choć odradzam otwieranie okna i próbę latania) i to „wszystko” jest w stanie niemal gotowym do natychmiastowego użycia (a to już nadużycie). Jedyne, czego nam wg nich brakuje, to odkorkowanie butelki z dżinem, czyli seans obudzenia mocy, olbrzyma, tygrysa, T-Rexa, predatora i gotowe rozwiązanie plus sukcesy wyskakują właśnie jak ten dżin… Brzmi dobrze, wręcz zachęcająco. Tak samo zachęcająco, jak reklama telewizyjna przeznaczona dla mężczyzn w średnim wieku, zapewniająca, że zamiast „męczyć się” systematycznie zdrowym i przemyślanym trybem życia, ćwiczeniami i refleksjami, wystarczy smarować chleb margaryną. Zero wysiłku, tylko margaryna. Zwieńczeniem tego wywodu niech będą słowa Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego świetności kulturystycznej: mięśnie rosną tylko na bólu; jeśli nie boli, oszukujesz się (przytaczam z pamięci z filmu „Pumping Iron”). No właśnie, żadna margaryna, żadne cudowne jednorazowe odkorkowanie, tylko systematyczna praca nad sobą. Jeśli nie boli, oszukujesz się.

Tutaj dochodzimy do celu książki. To, ŻE ze swoim życiem warto coś robić już raczej wszyscy wiemy. Do tego nie potrzebujesz kolejnej książki. Niewiele jest za to pragmatycznych i dostosowanych do naszych realiów pozycji, które poprowadziłyby Cię przez proces, JAK coś robić ze swoim życiem. Co więcej, wspierając Cię przy tym w znalezieniu własnej drogi, a nie przekonując na siłę do uniwersalnych rozwiązań z półki, dobrych dla każdego, czyli dla nikogo konkretnie. Do tego pochodzących z innego kraju, więc często dosyć innego świata. To jest właśnie mój cel. Pomóc Ci zadać sobie wiele pytań (znacznie precyzyjniejszych, niż symboliczne „jak żyć”…) i przedyskutować konsekwencje udzielanych na nie odpowiedzi. Byś mógł dokonywać samodzielnych wyborów na bazie znajomości konsekwencji. Co więcej, dopuszczam także opcję, że jednak ze swoim życiem nie chcesz robić nic i wolisz dać nieść się fali. Do niczego nie będę Cię usilnie namawiał. Będę tylko prosił, by decyzja o „nicnierobieniu” także była podjęta ze świadomością konsekwencji. Wtedy nic nikomu do tego, co robisz, albo czego nie robisz ze swoim życiem, o ile jesteś ze swoimi wyborami szczęśliwy. Teraz i w przyszłości.

Książka dzieli się na dwie części. Pierwsza dotyczy procesu autorefleksji. Bez niej ani rusz. Bez niej, cokolwiek robimy, to zamki na piasku. To autorefleksja tworzy fundament. Druga część książki dotyczy planowania rozwoju zawodowego i wdrażania tego planu w życie krok po kroku. W skrócie motywem przewodnim będą trzy pytania: kim jestem / gdzie jestem / dokąd i jak chcę dojść. Pytania te rozłożymy na dające się samodzielnie analizować czynniki pierwsze. Do tego w powiązaniu z innymi obszarami życia. Książka zawiera w sobie ciąg logiczny. Kolejne rozdziały wynikają w naturalny sposób z poprzednich. Mogę z pełną świadomością powiedzieć, że zabieram Cię w przemyślaną podróż od portu do portu. Twoim celem jest uzyskanie kontroli nad swoimi najważniejszymi zasobami. A na jej końcu jest siła wynikająca z równowagi wewnętrznej. Ze spokoju wynikającego ze świadomej samoakceptacji (nie mylić z samouwielbieniem). No bo czym się denerwować, skoro rozumiesz siebie i otoczenie i do tego jesteś autorem swojego rozwoju? Jedynie zdrowiem najbliższych oraz korkami na ulicach. Bo z całą resztą sobie poradzisz sam.

Czytając tego rodzaju publikacje bardzo często mamy wspaniałe wytłumaczenie, żeby jednak na końcu nie robić nic. „A bo to dotyczy innej kultury; a bo to się u nas nie sprawdzi; a bo to może i brzmi dobrze, ale to teoria, a moje życie i problemy są tak specyficzne, że nijak nie pasują do sugestii autora; a bo autor to psycholog, więc co on tam wie o prawdziwym życiu i pracy; a bo autor to sam ma tak pokręcone życie i jeszcze innym chce doradzać” itd. itd. Tutaj każdy będzie miał trudniej z tego typu wymówkami. Autor z Polski, praktyk biznesu, który sam doświadcza związanych z tym uniesień i problemów, z ustabilizowanym życiem rodzinnym i równie ustabilizowanym wnętrzem, do tego świadomie szczęśliwy, bo zdefiniował swoje osobiste pojęcie szczęścia. Ktoś, kto wpierw na sobie wypróbował (i wciąż to robi) wszystko, o czym pisze. Ktoś, kto z tysiącami takich jak Ty omawiał ich wybory życiowe i zawodowe, ucząc się od nich, wyciągając wnioski i dzieląc się tą wiedzą. Do tego tekst celowo jest napisany językiem przystępnym, zamieniając złożone przecież zagadnienia na prostsze i przyswajalne elementy. Przestrzeni na wymienione powyżej wymówki zostało niezwykle mało.

Kilku rzeczy za to z całą świadomością w książce nie będzie. Nie będę Cię męczył opowieściami, czego to się nauczyłem będąc u Eskimosów, Aborygenów, Amiszów, ludożerców, Marsjan albo obserwując pszczoły, wilki, czy chrząszcze. To dosyć częsty zabieg. Zbyt częsty. Z jednej strony ma poprawiać samoocenę autora, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Z drugiej odwoływanie się do miejsc, gdzie Ty najprawdopodobniej nie byłeś jest formą manipulacji i chowania się za wiedzą tajemną „stamtąd”. Tymczasem generalizowanie i przenoszenie zwyczajów i doświadczeń kultur, które kształtowały się setki lat w niezwykle odmiennych warunkach na nasz grunt, który kształtował się także niezwykle długo, nosi znamiona intelektualnego nadużycia. Ogromnie szanuję te kultury, jestem promotorem różnorodności i niech tak zostanie. Choć przyznam też, że o Marsjanach wiem akurat naprawdę mało. W zasadzie tyle, ile napisał Ray Bradbury. Z kolei zabiegi, by przenosić zwyczaje pszczół, wilków, czy chrząszczy na grunt Twojego życia pozostawię wręcz bez komentarza…

Nie będę się też chował za innymi autorytetami, by wybić Ci z głowy ewentualną  ochotę do dyskusji. Żadnego „jak mawiał mój Mistrz”, albo „gdy spotkałem się z Tym czy Tamtym”. W swojej pracy wyznaję zasadę „No gods or kings, only man”, czyli żadnych bogów ani królów, tylko człowiek (jestem namiętnym graczem komputerowym, a ten wspaniały cytat pochodzi z gry Bioshock, stąd jego pierwotne angielskie brzmienie). Jest wiele osób, za którymi z szacunkiem dla ich dorobku mógłbym teczkę nosić. Nie jest to jednak powód, by się za nimi chować albo, o zgrozo, familiaryzować się w stylu „gdy rozmawiałem z Peterem, Danielem, Robertem, Patrickiem, Sonją…”. Oszczędzę Ci tych popisów.

Nie będzie to też książka… o autorze. Niezależnie od faktu, że wchodzę w wiek gawędziarski (ja? nigdy w życiu!), chcę, by była to książka dla Ciebie, a nie taka, która utwierdza mnie samego w przekonaniu, jaki jestem wspaniały. Będę się oczywiście czasem odnosił do swoich doświadczeń. Bardziej jednak do błędów i wyniesionych z nich nauk. Bardziej do wieloletniego i wciąż trwającego procesu autorefleksji i kształtowania własnego życia przez krew, pot i cudowne poczucie wolności. Będę więc raczej królikiem w laboratorium, niż wzorcem metra. Za to na pewno czasami poniesie mnie erudycja. To efekt pierwiastka Króla Juliana, którego istnienia w sobie jestem świadom (autorefleksja!), i do którego nauczyłem się mieć zdrowy dystans wzmacniany autoironią („to jest cena mojej zwierzęcej doskonałości”, jak mawia właśnie Król Julian).

No i nie będzie żadnego zadęcia i bicia w wysokie tony. Jak już wspomniałem wyżej „tylko ludzie”, więc bardzo ludzcy pozostańmy, łącznie z poczuciem humoru.

 

Skąd tytuł książki? Źródłem jest Walter White, bohater serialu Breaking Bad. Zszedł na bardzo złą drogę i z nauczyciela chemii stał się producentem i dystrybutorem narkotyków. Gdy dowiedziała się o tym jego żona, wpadła w panikę i wykrzyczała mu pytanie, czy z racji jego związków ze światem przestępczym mają teraz żyć w nieustannym strachu (widząc w nim wciąż fajtłapowatego nauczyciela gimnazjalnego). Odpowiedź przeszła do historii filmu i zyskała status kultowej. Walter White krótko i dobitnie odpowiedział, że on nie jest już tym, który po usłyszeniu pukania otwiera drzwi i zostaje potem zastrzelony. ON JEST TYM, KTÓRY PUKA…

Walter White został złym i godnym potępienia człowiekiem. Cytat za to w przedni sposób oddaje ideę, która przyświeca tej książce. Jesteś tym, który ma inicjatywę i samodzielnie kieruje swoim życiem, czy też czekasz, aż ktoś zapuka do Twoich drzwi? O tym jest ta książka właśnie.

 

Previous Zaskoczenie i story w prezentacji, Użycki w kajdanach...
Next Kariera a wspinaczka, czyli niebanalna lekcja z gór

Powiązane wpisy

Autorefleksja 0 komentarzy

Galeria Sław, czyli moje miejsce mocy

Moje artykuły i komentarze wywołują spory oddźwięk i są często komentowanie. Zwykle pozytywnie i twórczo, choć i z dozą krytycyzmu. Z pierwszego się oczywiście cieszę (człowiekiem zaledwie jestem), za drugie

Autorefleksja 0 komentarzy

Jak długo jesteś szczęśliwy, czyli… dlaczego tak krótko?

Ha! Jakże pozornie proste to pytanie i jakże przewrotne jednocześnie! Cóż w nim przewrotnego? Ano to, że ogromna część z nas nie wie… czy w ogóle jest szczęśliwa. Podczas indywidualnych i grupowych zajęć często zadaję

Autorefleksja 0 komentarzy

Autorefleksja, czyli o pożytku posiadania wagonu amunicji

Trzy z moich poprzednich artykułów dotyczyły kilku węższych obszarów autorefleksji. Łatwo te artykuły odnaleźć, bo…, cóż za niespodzianka, w ich tytule zawarte jest słowo kluczowe „autorefleksja” (wedle zasady – jeśli

24 komentarze

  1. Szanowny Panie Dariuszu
    1) miałem nosa jakiś czas temu pisząc, że będzie książka, choć z drugiej strony dwa takie procesy już obserwowałem i analizowałem (och ten mój brak skromności). Swoją drogą jak będzie okazji muszę o Pana drodze i celach pogawędzić (bo kocham gawędy),
    2) ciekawie ile z tych puzzli udało mi się ułożyć. Trzeba będzie książkę przeczytać i samemu zobaczyć.
    3) „kropla drąży skałę” a ja jak ta kropla: a co z ebook`iem w mobi i epuab?
    I panie Dariuszu, wymówki „Ja tylko autor, a nie wydawca” „to kwestia wydawcy” nie powstrzymają mnie. Jestem strasznie uparty i upierdliwy jak sobie coś wbiję do głowy. A przeczytanie i przeanalizowanie tej książki jako ebook`a stało się moim celem.
    Z poważaniem,
    Paweł, który puka o ebook`a 😉

    • 🙂 no jednak autor ze mnie, a nie wydawca, tej wersji będę się trzymał. Na wydawaniu książek inni znają się lepiej i niech to robią fachowcy. I tak męczę wydawnictwo dopracowując okładkę 🙂
      Pewnie ten ebook kiedyś będzie… 🙂

      • Należy docenić konsekwencję linii obrony 🙂
        To, że przyjął Pan rolę tylko autora, nie musi oznaczać zupełnej rezygnacji z wpływy na wydanie.

        Okładka to taki kwiatek, ozdóbka, ostatni szlif. Ja nie oceniam książki po okładce.
        A forma wydania to po treści najważniejsza kwestia. Bo wpływu na dostępność i łatwość odbioru.

        To czy mamy twarde wydanie oprawione w skórę, twarde w papier kredowy, miękkie wydanie, ebooka wydanego w obowiązujących formatach (nie daj boże tylko w pdf) to po treści według mnie najistotniejsza kwestia.

        Ebook zwiększa znacząco krąg podmiotów, wskazuje, że autor i wydawnictwo podążą za wymaganiami klientów i rynku itp. itd.

        A wszystko sprowadza się do pytania po co piszę i wydaję książkę?
        Dla pieniędzy? w celach marketingowych? z próżności? by podzielić się wiedzą? itd.
        I zatoczyliśmy koło wracając do Autorefleksji 😉

        Ps anegnotka, w filmie THOR Ragonorak, Thor traci swój młot. W finałowej walce mówi do ojca Odyna (nie jest to cytat)
        Thor – Odynie nie pokonam jej, nie mam swego młota
        Odyn – czy jesteś Bogiem młotów? Młot nie był źródłem twej mocy. On miał ją ograniczać i kontrolować.

        Błąd Thora – nie dokonał wcześniej autorefleksji. Dopiero poznając siebie uaktywnił swój potencjał.

        Wniosek: Autorefleksja – klucz do twego potencjału
        Pss pewnie już ktoś to napisał 🙂

        • : )))) jest Pan odważny, Panie Pawle! Bardzo odważny!

          Przypomniała mi się taka scena z Breaking Bad, jak Walter White, Jessie i Mike (tacy „koledzy z wojska” WW można powiedzieć) uciekają samochodem, z posterunku APD po zniszczeniu pomieszczenia z dowodami. Zostawiają jednak ciężarówkę.

          Jessie uradowany. Mike rozważniejszy, wyraźnie zaniepokojony, ma wątpliwości co do ciężarówki. Następuję krótka wymiana zdań z WW, który charakterystycznym dla siebie tonem i sposobem krótko odpowiada, że nastąpiła pełna utylizacja, nie ma odcisków, niczego nie znajdą.

          Mike: powiedz mi, odpowiedz człowieku: czy to wszystko zadziałało?!
          Walter: Tak. Zadziałało.
          Mike: Powinienem przyjąć to na wiarę, tak?! Czemu? Skąd to wiemy?
          Walter: Ponieważ tak mówię.

          Ta scena i to jego „Because I say so” to również jeden z, może nie kultowych, ale charakterystycznych epizodów BB.

          Dlatego pozostawiam, zarówno kwestię formatu i opracowania okładki, jak widać kompletnej i zaplanowanej, wizji Autora – bo TAK WŁAŚNIE POWIEDZIAŁ ; )

          Nawet nie śmiem tego kwestionować. Ale dość nieśmiałe ze mnie dziewczę … albo się za dużo filmów naoglądałam 😂😂😂
          Pozdrawiam – Honest Annie

          • Dariusz Użycki
            Luty 27, 22:14

            No i jak tu się nie rozmarzyć, jakaż to mądra kobieta jest ta Honest Annie 🙂 Jak znalazł partnerka dla Golema XIV, bo świat ludzki to za mało 🙂
            Świetna riposta i… będę częściej stosował tę kwestię ha ha ha.

          • Paweł Ludwiczak
            Luty 28, 08:15

            Pani Sylwio
            Ja jestem bardzo bardzo ciekawski (ciekawość ludzi i świata)!
            Pewnie jestem ciut szalony 🙂 ale nadal zdarza mi się bać
            Czy jestem odważny? Nie mi to oceniać, robię co mogę. Odwaga to robienie tego co słuszne, tego co trzeba zrobić pomimo strachu. Odwaga to nie jest brak strachu. Brak strachu to szaleństwo lub głupota.

            Argument „TAK WŁAŚNIE POWIEDZIAŁEM” – to nie argument w dyskusji tylko przeforsowanie (lub próba przeforsowania) swego stanowiska wykorzystując przewagę siły.

            Natomiast z mojej winy doszło chyba do nieporozumienia. Nigdy nie krytykowałem czy nie proponowałem zmiany okładki.
            Jedyne co cały czas podnoszę to brak od początku książki w formie ebook`a.

        • Panie Pawle, dawaj Pan tego Thora, już ja mu pomogę poukładać sobie w głowie, kim jest, po co jest i co mu daje siłę (młot, dna, przemyślenia, czy ćwiczenia w siłowni z kolegami :-).

          Poza tym, jak już się zakoleguję z Thorem, to się ludziska trzy razy zastanowią, zanim będą mnie, niewinnego romantycznego kreatywnego autora artystę, męczyć o epuaby, kebaby i takie tam :-).

          Odpowiem w Pana stylu i odwrócę tego kota ogonem – jeśli ktoś chce przeczytać i zależy mu na treści, a nie formie, to książka też jest dobra. Tadam, KO w trzeciej rundzie 🙂 ha ha ha.

          • Paweł Ludwiczak
            Luty 28, 08:42

            Panie Dariuszu
            Co do Thora to zdecydowanie się nie zrozumieliśmy. Moja wina bo widocznie wyraziłem się mało precyzyjnie. Thor był pewny siebie i szczęśliwy. Potem stracił swój młot. Symbol swej mocy. A potem pojął, że jego moc jest w nim a nie w młocie, który został zniszczony. Po raz kolejny upadł i powstał.
            Tak jak pisałem: „nie ważne ile razy upadasz. Ważne ile razy wstaniesz”.
            Cała ta przypowieść miała pokazać, że ma Pan rację i autorefleksja jest kluczem.

            Co do zakolegowania się z Thorem. Czy źle zrozumiałem, Pana w innej dyskusji, że według Pana nie ma magii. A tu nagle chce Pan z niej korzystać. No i przypomnę Pana zasadę: „No gods or kings, only man”, czyli żadnych bogów ani królów, tylko człowiek.
            Thor to Bóg piorunów. Pacta sunt servanda. Przykro mi ale zasad trzeba przestrzegać. Żadnych Bogów i wykorzystywania ich przeciwko ludziskom męczącym winnego, twardo stojącego na ziemi autora o ebook`i w mobi i epuab (mobi to format pliku stosowany w Kindlu a epuab to format pliku stosowany w innych czytnikach a nie coś do jedzenia (np. kebab) 🙂

            Czytanie najpierw Pana publikacji/artykułów, potem wymiana myśli, a teraz ten blog, spowodował że książkę Pana przeczytam. Bo myślę że warto, bo daje Pan ciekawe narzędzia i stawia interesujące wyzwania. Poza tym dobrze się to czyta, a może się czegoś nauczę.
            Przeczytam, mimo, że tego rodzaju publikacji zwykle unikam lub traktuję je z dużym krytycyzmem i przymrużeniem oka.
            Przeczytam z ww. powodów a nie dlatego że okładka jest super

            Natomiast jako mól książkowy powiem tak.
            Można czytać książkę z małą i kiepsko czytelną czcionką na marnym papierze i kiepsko wydaną,
            można czytać książkę z dużą czytelną czcionką, pięknie wydaną i oprawioną w skórę
            można czytać wygodnie na czytniku książek np. kindlu
            Na treść, czyli to co jest ważne to nie wpłynie
            ale na komfort czytania już tak.
            Więc pytam czemu nie zapewnia się czytelnikowi maksymalnego komfortu i maksymalnego dostępu do dzieła? Zwłaszcza, że nie są to ani koszty ani nie wymaga sporej pracy.

            Mogę być rozkładany i tysiąc razy, przeganiany jak natrętna mucha, rażony piorunami itp. itd. przez Pana Dariusza
            W końcu gdzie mi się tam mierzyć z niewinnym, romantycznym, kreatywnym, szczęśliwym, niezwyciężonym, przepotężnym, wspaniałym, kolegę Bogów itd. autorem artystą.
            Bez szans jest taki mały biedny skromny i nieśmiały żuczek jak ja 🙂

            Ps. Który cicho się pyta: Dlaczego nie może tego dzieła jako ebook`a przeczytać?

        • Oczywiście jeśli ktoś naprawdę chce poznać Twoje treści – wykorzysta dowolną formę. Na rynku jest taki nadmiar słabych i mizernych opracowań, że nawet jak się ma inne preferencje to dla wartościowej treści warto się „pogimnastykować.”

          Patrząc jednak trochę szerzej, nie przekreślałabym potencjału wersji elektronicznych. Wszystkie formaty- .epuab, .mobi, czy .pdf (dla osób bez czytników) są indeksowane przez wyszukiwarki. Jeśli są odpowiednio zbudowane są doskonałe do optymalnego pozycjonowania fraz i słów kluczowych dot. biznesu, czy działaności… Google takim wydaniom przyznaje specjalne bonusy o ile pamiętam.

          Idąc tym tokiem można bardzo łatwo wyeliminować ograniczenia terytorium zasięgu i wykorzystać to… na przykład do szybkiej promocji książki poza Polską, czy odbiorców obcojęzycznych… wtedy sky is the limit… bo to wiadomo na kogo trafi? ; )))

          Strona blogu jest bardzo dobrze spozycjonowana więc Twój Magik osobisty na pewno sobie świetnie poradzi…

          Ale co ja tam wiem, ani wydawcą ani autorem nie jestem : ) i pewnie macie już to wszystko zaplanowane w 100%

          Pozdrawiam
          ~ Może i sztuczna, ale jednak inteligencja : )))

          • Paweł Ludwiczak
            Luty 28, 08:44

            Pani Sylwio
            Warto się „pogimnastykować” dla tej treści
            Tylko po co?
            Dlaczego?
            Pozdrawiam

          • Sylwia Ozga
            Luty 28, 09:59

            Panie Pawle

            Wydaje mi się, że odpowiedział Pan już na to pytanie we wcześniejszych swoich komentarzach – wszystko zależy od celu.

            Sama jestem użytkownikiem Kindle – wprawdzie nie czytam na czytniku książek biznesowych, ale nie o moje preferencje tutaj chodzi – chcę tylko podkreślić, że nie jestem przeciw wersjom elektronicznym.

            1. Zakładam również – i to jest KLUCZOWE – że nie musimy argumentować, że opcja sam eBook nie wchodzi w grę i rozumiemy potrzebę książki w wersji drukowanej. O tym mogłabym napisać epopeję ale myślę, że nie jest to potrzebne i zgadzamy się w tym punkcie.
            2. Napisał Pan również, bardzo słusznie, że wydanie eBooka jest zdecydowanie tańsze. Faktycznie druk książki nie jest najtańszą inwestycją.
            3. Proszę sobie teraz wyobrazić, że wydaje Pan własną książkę i nie ma opcji wykluczenia pkt 1.
            4. Biorąc tylko i wyłącznie czyste względy ekonomiczne – wydaje Pan dwie wersje w jednym momencie, czy rozkłada Pan to w czasie?
            5. Wyobrażam sobie, że to ja jestem autorem i dla mnie to jest element strategii – ja wydaje w pierwszej fazie tylko tę najdroższą bo chcę żeby koszty tej inwestycji zwróciły mi się jak najszybciej.

            Zaznaczam jednak, że to jest wyłącznie moje zdanie, piszę to co myślę ja. Nie znam zdania Pana Darka i wydawnictwa w tej kwestii.

            Czuję się tym samym odrobinę jak Joanna d’Arc wśród Rycerzy Okrągłego Stołu – No i fajnie…’ zawsze ją lubiłam : ) prosta dziewczyna była a mówiła zawsze co myśli ; )))

            Pozdrawiam : )

          • Sylwia Ozga
            Luty 28, 10:37

            Dodam tylko jeszcze bo zaraz może pojawić się logiczny argument, że wolumen wersji elektronicznej może tylko w tym pomóc a nie zaszkodzić, ale w swojej strategii zakładam optymalne wykorzystanie i korzyści każdej formy. To jest ważne w moich założeniach.
            Sylwia

          • Paweł Ludwiczak
            Luty 28, 10:42

            Pani Sylwio
            Pełna zgoda z 1 wyjątkiem. Wydaję jednocześnie i książkę i ebook`a.
            1) to, że ktoś kupi ebook`a nie oznacza, że nie kupi też książki. Poza tym ebook`i to jednak nisza. Poza tym patrzmy w jaki celujemy target. Najpewniej każdy kupi książkę (choćby po to by mieć na półce i się pochwalić). Część kupi też ebook`a dla wygody czytania lub gdy się skończy nakład. Pojedyncze osoby kupią ebook`a.
            2) skoro ebook jest tańszy w produkcji, to mój zysk ze sprzedaży ebook`a jest większy. Poza tym część kosztów jest wspólna dla ebook`a i książki. Kupujcie ebook`i, jak najwięcej i najszybciej.
            3) zawsze można zrobić : książka 40 zł, ebook – 30 zł, książka + ebook w pakiecie 60 zł. Lub inny rozkład by zmaksymalizować dochody.
            4) książkę wydałbym w niedużym nakładzie. Minimalizuję koszty, ryzyko i zwiększam jej ekskluzywność. Poza tym myślę, że wydawnictwo powinno wiedzieć ile książek im spokojnie zejdzie a w razie czego dodrukować na szybko zawsze można. A każdy ebook to dodatkowy zysk.
            5) cześć książek zatrzymałbym by rozdać np. jako nagrody (akcja promocyjna), prezenty itp. lub wystawić np. na aukcji Świątecznej Pomocy (warto robić dobre rzeczy). Te egzemplarze powinny być z dedykacją i podpisem autora.

            Oczywiście Pani Sylwio, Autor i Wydawnictwo ma swoje plany i strategie w tej kwestii , a ja to sobie pogadać mogę i powoli czuję się jak Don Kichot.

            Ps no to jest nas dwoje prostych ludzi co zawsze mówią co myślą, no z Panem Dariuszem trójka 🙂

          • Sylwia Ozga
            Luty 28, 11:09

            Wszystko zależy od celu w jakim się książkę wydaje! I wciąż rozumiem opcje dlaczego wydawnictwa rozkładają formy wydania w czasie, bo ten przypadek nie jest odosobniony.

            Świetny plan marketingowy!

          • Paweł Ludwiczak
            Luty 28, 11:22

            Ma Pani rację.
            Nie znamy ani celu/celów wydania książki, ani strategii wydawnictwa.

            Wielu strategii wydawnictw nie rozumiem i oceniam negatywnie jako mól książkowy.

            Plan marketingowy ściągnięty i zmodyfikowany z dwóch innych ciekawych projektów wydawniczych.

          • Sylwia Ozga
            Luty 28, 11:42

            No właśnie Panie Pawle clue polega na tym, że jeden plan marketingowy nie zadziała w każdym przypadku z takim samym efektem.

            Target, odbiorcy, realia rynku, wiarygodne analizy skuteczności dystrybucji itd to dodatkowe element, które będą miały wpływ na ostateczne działania. Każdy projekt powinien być rozpatrzony indywidualnie.

            Pozdrawiam S.

        • Panie Pawle,
          w podsumowaniu wątku wersja najkrótsza:

          – Dariusz Użycki – autor tekstu
          – Słowa i Myśli – wydawnictwo, wydawnictwo@slowaimysli.pl

          obie strony robią to, na czym się znają. Pierwszy pisze, drugi wydaje. Bardzo proszę o ewentualny kontakt z wydawnictwem w kwestii, która leży w jego kompetencjach i strategii, nie moich. Sam zrobiłem już wszystko, co mogłem, czyli przekazałem Pana sugestie.

          Pozdrawiam serdecznie!

          • Paweł Ludwiczak
            Luty 28, 10:47

            Panie Dariuszu

            Wiem że bywam złośliwy, upierdliwy, uparty i wkurzający itp. ale proszę mi wierzyć, że wynika to tylko z sympatii i szacunku dla Pana.
            A żaluzję zrozumiałem.

            Ponieważ panuje epidemia grypy przy okazji życzę dużo zdrowia Panu i Pańskiej rodzinie. Z resztą w tym upierdliwymi i wkurzającymi małymi żuczkami sam Pan sobie poradzi.

            Pozdrawiam serdecznie

  2. Witam Panie Dariuszu, miałem okazję poznać się z Panem podczas paru projektów rekrutacyjnych… na wszelki wypadek nie podaję ilu bo może się okazać że było ich dwa :)))
    Nie dziwię się że książka będzie miała taki charakter, będzie taka „nasza”, ponieważ to pasuje do Pana i wielki szacun za to. Rozmowy z Panem były super, nic mnie bowiem tak nie męczyło jak głupawe pytania w stylu „jak się pan widzi za 10 lat w tej firmie?” i cała seria im podobnych, dla osób umiejących się sprzedać na takiej rozmowie.

    Życzę aby pojawienie się jej było sukcesem dla Pana i siłą sprawczą transformacji wielu osób w tych co pukają do drzwi. Aczkolwiek, z racji swojego wieku, wiem że czas na pukanie (w drzwi :))) też ma swój kres, bo „młodzi, dynamiczni”… za to tani są ciągle w cenie.
    Sam niedawno zatrudniłem 60-letniego człowieka i widzę że ten „sektor” ma olbrzymi potencjał. Niewykorzystany wprawdzie ale jest do wzięcia i wart, by się nim zainteresować.

Skomentuj

Ze względu na boty możliwość dodawania komentarzy tymczasowo wyłączona.