„Zero polityki w LinkedIn!” Słuszne czy naiwne?

„Zero polityki w LinkedIn!” Słuszne czy naiwne?

To stały fragment gry. Ktoś napisze w LinkedIn post i wyrazi opinię np. o rządowych zmianach w podatkach, o zmianach w systemie sądowniczym, o rządowych planach konsolidacji przedsiębiorstw, o rządowych sposobach wydawania pieniędzy, o zmianach w szkolnictwie, o jakości intelektualnej ludzi podejmujących kluczowe decyzje w państwie, nepotyzmie, czy o stanie praworządności aż po sposób działania policji na ulicach itd. Wspomniane zmiany, plany, czy działania mają swoich konkretnych autorów i wykonawców. Zarówno organizacyjnych (konkretne partie i struktury), jak i po prostu ludzi z imienia i nazwiska. Nie sposób pominąć tychże autorów i wykonawców, bo bez nich omawiane zmiany, plany i działania by nie zaistniały.

Co się dzieje po takim poście? Oprócz dyskutantów merytorycznych, czyli skupiających się na argumentach za i przeciw tymże zmianom, planom, działaniom, natychmiast pojawiają się też głosy w stylu „LinkedIn nie jest od polityki / dosyć z tą polityką tutaj / z polityką to na fejsa!” itp. Czy takie głosy mają sens? Bronią czystości i profesjonalizmu LinkedIn, czy też wręcz przeciwnie, prowadzą do skanalizowania komunikacji na zagadnieniach cząstkowych, zamykając usta na tematy ustrojowe oraz personalną za nie odpowiedzialność  polityków? Mamy w LinkedIn rozmawiać li tylko o elementach łańcucha dostaw, o technice sprzedaży i pytaniach zadawanych podczas wizyty sprzedażowej czy rekrutacji, kwestiach organizacji produkcji, pozycjonowania się na rynku pracy, pompowania „marki osobistej” oraz na kronice towarzyskiej byłem tu, jestem tam, dostałem dyplom, skończyłem kurs?

W pierwszym przybliżeniu można całkiem zdroworozsądkowo zauważyć, że co człowiek, to osobna opinia, o czym rozmawiać i gdzie są granice w każdym z obszarów ustrojowych, w ramach których „wolno” się wypowiadać, a poza nimi już nie wypada (na łamach LinkedIn, przypomnę). No ale to marny zadatek i nie posuwa nas ani o krok do przodu. Przyczyna jest prosta: to są niewłaściwe pytania (w kontekście tytułowym), więc i odpowiedzi wystarczająco krótkiej i zrozumiałej być nie może. Wszystkie te podane dla przykładu pytania cząstkowe o podatki, system sądowniczy, szkolnictwo, plany centralizacyjne, stopnia uzależniania ludzi od państwa, czy działań policji na ulicach i służb poza nimi sprowadzają się do jednego wspólnego, czyli pytania wyższego rzędu: czy wymienione kwestie ustrojowe są powiązane z naszą codziennością ekonomiczną i możliwościami naszego działania w sferze zawodowej, czy też są bytem odrębnym?

Teraz robi się jaśniej. Jeżeli to byty odrębne, to postulat „zero polityki w LinkedIn” może mieć sens. Jeżeli działania i pomysły polityków konkretnych z nazwy partii (nie ma ich aż tak wiele) oraz konkretnych wręcz z nazwiska ludzi polityki wpływają w sposób pomijalny na rzeczywistość naszej aktywności zawodowej, możliwości działania naszych firm oraz naszych klientów, to rzeczywiście można przenieść dyskusję o nich gdzie indziej. Tylko, czy rzeczywiście tak jest? Zamiana dziesiątek pytań cząstkowych, choćby tych o policję bijącą jednych, a z zasady omijającą drugich, na wspomniane pytanie wyższego rzędu czyni sytuację zdecydowanie jaśniejszą. Odpowiedź, według mnie, jest teraz oczywista. To nigdy nie były i nie będą byty odrębne. Kwestie ustrojowe, w tym takie niby „nieekonomiczne”, jak sądownictwo, edukacja, policja itp. jednoznacznie wpływają na środowisko ekonomiczne, na możliwości prowadzenia biznesu, na wolność wręcz. Niektóre z tych obszarów (np. podatki i polityka finansowa rządu) wpływają natychmiastowo. Niektóre (np. sądownictwo, edukacja) z pewnym opóźnieniem, ale za to ewentualne odwrócenie skutków będzie równie długotrwałe.

Co więcej, my to wszystko bardzo dobrze wiemy. Już sama zamiana pytań cząstkowych na pytanie główne rozwiązuje kwestię. Jeżeli ktoś nadal twierdzi, że polityka i gospodarka (czyli jego praca), to byty odrębne, musiałby przystać choćby na to, że tzw. Nowy Ład (przez partię i jej rząd przecież wymyślony i przewrotnie nazwany) nie wpływa na jego środowisko pracy. To z kolei oznaczałoby, że podatki nie mają takiego wpływu. Doszliśmy więc do absurdu. Co więcej, jest to od dawien dawna opisane w literaturze. Jedną z najjaśniejszych gwiazd na tym firmamencie jest „Droga do zniewolenia” Friedricha Augusta von Hayeka. Jest to pozycja tak wybitna, że jej recenzję i opis przygotuję w osobnym artykule. Tutaj wystarczy wspomnieć, że w niezwykle logiczny, bazujący na danych i przykładach sposób udowadnia (tak tak, nie pokazuje, a udowadnia), jak bardzo kwestie ustrojowe, zmieniają środowisko biznesowe. Jakie i gdzie będzie nieuchronne „Z” po wypowiedzeniu konkretnych „A, B, C”. Wartość tej książki tym większa, że wydana została w roku 1944 i następne 77 lat tylko dodało materiału potwierdzającego jej tok rozumowania. Wspomnę tytuły choćby niektórych rozdziałów, by zilustrować, jak bardzo jest ona wciąż aktualna. Rzekłbym, że nawet złowieszczo aktualna w obliczu wielu działań naszego obecnego rządu: „Indywidualizm i kolektywizm / Planowanie i demokracja / Planowanie a rządy prawa / Bezpieczeństwo i wolność / Dlaczego najgorsi pną się w górę / Warunki materialne a idealne cele / Perspektywy ładu międzynarodowego”.

Tym samym tytułowy postulat „Nie chcemy polityki w LinkedIn!” jest niezwykle naiwny. Ba, wręcz szkodliwy. Jego urzeczywistnienie prowadziłoby do kneblowania ust oraz ograniczania kontrolnej funkcji społeczeństwa, czyli nas. Otwierałby drogę do utraty wolności. Przytoczę jeszcze tylko motto wspomnianej powyżej książki Hayeka: „Rzadko kiedy całą wolność traci się od razu” (Dawid Hume).

Oczywiście nie zapominajmy o jakości prowadzonego dyskursu. Bardziej o to chodzi, jak sądzę (albo jak chciałbym wierzyć), wielu spośród tych apelujących o zero polityki w LinkedIn. Razi ich, i słusznie, pusta wymiana ciosów i wyzwisk z racji samego faktu, że ktoś popiera jakąś partię, czy polityka. Razi ich nakręcająca się emocjonalna spirala sprowadzająca kontakt do argumentów już czysto personalnych. Tutaj jestem razem z nimi. Jednakże postulat „zero polityki” jest wylewaniem dziecka z kąpielą. Jest ona tak silnie i na zawsze powiązana z naszym środowiskiem zawodowym, że nie można jej pomijać. Walczmy więc o jakość rozmowy, a nie o jej zaniechanie.

Previous Opcja zero: wyrzuć balast zamiast go szlifować
Next Krach mitu trenerów komunikacji: Cysorz Mehrabian

Powiązane wpisy

Autorefleksja

Galeria Sław, czyli moje miejsce mocy

Moje artykuły i komentarze wywołują spory oddźwięk i są często komentowanie. Zwykle pozytywnie i twórczo, choć i z dozą krytycyzmu. Z pierwszego się oczywiście cieszę (człowiekiem zaledwie jestem), za drugie

Autorefleksja

Wizualizacja – czary mary, czy przydatne narzędzie?

Określenie wizualizacja jest stosowane i znane dosyć powszechnie. Wystarczy je wrzucić w wyszukiwarce, by już na pierwszej stronie obok sfery twardych zastosowań inżynierskich pojawiło się sporo linków do szeroko rozumianego

Autorefleksja

Horney, „Nowe drogi w psychoanalizie”

Karen Horney (1885-1952) to dla psychoanalizy znacząca postać. Jedna z pierwszych kobiet w Niemczech, które ukończyły studia medyczne. Później poświęciła się psychoanalizie właśnie i była autorką szeregu wpływowych książek, jak