Lepiej czytać cokolwiek niż w ogóle? Eee… tam
Tytułowe twierdzenie słyszę całkiem regularnie od dzieciństwa. Przez długi czas też w nie wierzyłem. Wreszcie zadałem sobie fundamentalne pytanie „A skąd to wiesz?”. No i obawiam się, że to jednak fałszywa teza. Z jednym wyjątkiem. Dlaczego fałszywa?
Skoro ktoś czyta tylko „cokolwiek”, np. przysłowiowe* harlequiny, to znaczy, że podjął decyzję o przeznaczeniu na to czasu. A skoro w kalendarzu możemy ten czas zaznaczyć, to równie dobrze może ten ktoś jednak podjąć decyzję idącą dalej: że czytaną książką w tym zarezerwowanym już czasie nie będzie „cokolwiek”, a jednak coś wartościowszego. To jak z moim wnukiem. Cieszę się, że czyta sam z siebie i próbuję jednocześnie zainteresować go czymś bardziej rozwijającym niż komiksy o Kaczorze Donaldzie.
Tytułowe zdanie to ni mniej, ni więcej „Lepiej wydać pieniądze na śmieciowe jedzenie niż na pożywne”. W przypadku czytania zamiast pieniędzy wpisujemy „czas”. (Nie jeść w ogóle długo się nie da, bez czytania książek ludzie przeżywają)
Pora na wspomniany wyjątek. Może… harlequin&cokolwiek to szczyt czyichś możliwości i potrzeb. Wtedy spoko, radujmy się, że czyta cokolwiek. Język kształtuje nasze możliwości percepcji. Wybór lektur ma znaczenie.
PS uwaga, to nie jest post o tym, żeby czytać tylko książki z górnej półki. To post o całkowicie przeciwnym końcu skali, czyli o czytaniu tylko „czegokolwiek” bez ładu i składu. To ważne.
* zna ktoś przysłowie o harlequinach? Bo ja nie… :-).
Powiązane wpisy
Czym się różnimy od tyranów? Jeżeli ledwie skalą, to słabo…
Jakże szybko i jakże niemal beznamiętnie przemknął przez media temat zamordowania stu kilkudziesięciu dziewczynek pod gruzami zbombardowanej szkoły w Iranie. Niby żal, ale przecież reżim ajatollahów zamordował więcej swoich obywateli, więc
Wiedźmin a sprawa polska, czyli autorefleksja
Wiedźmin, Netflix, 4 ODCINKI – wrażenia na gorąco, czyli… autorefleksja i Krowi Level Co jest dla mnie najważniejsze w grach i filmach? Klimat. To coś, co wisi w powietrzu, co
„Chatowe Post Scriptum, czyli test Milli Vanilli
Linkedinowa dyskusja pod moim postem o firmowaniu własnym nazwiskiem autorstwa dzieł wykonanych przez „Chaty/AI” była dla mnie ciekawa pod szczególnie jednym względem: usłyszeć argumenty osób, dla których to jest ok