Zaangażowanie 53% to dobrze, czy źle?
Wielkie w sieci nagromadzenie postów utyskujących, że zaangażowanie jest niskie, za niskie i do tego malejące. Wśród wszystkich, czyli od spodu do samej góry organizacji. Posty są pełne szczerego zaangażowania i troski o ludzkość. Od zawsze nurtuje mnie w związku z tym kilka pytań. Liczę, że w ramach rozmowy uda się do czegoś dojść. Oto one:
1. czy jest jedna ujednolicona i zawsze ta sama metodyka pomiaru zaangażowania, stosowana przez wszystkich, dzięki czemu możemy porównywać wyniki między sobą (jak np. porównanie temperatury w Polsce, Tanzanii i na Antarktydzie)?
2. czy ta jedna lub te różne metodyki mierzą zaangażowanie w sposób bezpośredni (w ogóle się da?), niezależny od stanu emocji i widzimisię każdego z osobna, czy też w sposób pośredni, czyli poprzez pytanie badanych o to, co im się wydaje, do tego na temat inny niż samo „zaangażowanie” (patrz temperatura: mierzymy, że jest 17 stopni Celsjusza, czy pytamy ludzi o opinię, czy jest im ciepło/zimno/w sam raz, jaką im się wydaje temperatura za oknem i generalnie jak się czują, a sami mierzymy… ciśnienie bo „pewnie ma jakiś związek z temperaturą”)?
3. czy zaangażowanie pracownika ma tylko dwa stany (zaangażowany / niezaangażowany), czy też jest czymś ciągłym pomiędzy końcami skali (jak określić te końce?), a ostateczna liczba wyrażona w procentach dot. firmy wynika ze średniej/mediany wszystkich pracowników?
4. jak interpretować zaangażowanie zdiagnozowane na poziomie np. 53%?
5. na jakiej podstawie określa się, że zaangażowanie na poziomie XY i więcej jest dobre, a poniżej tego poziomu źle? Czy jest to kwestia ujednolicona, czy też zarządy/działy HR każdej firmy sobie to ustalają na podstawie… no właśnie, czego?
6. czy pracownik uczciwie robiący to, do czego zobowiązał się w umowie o pracę i za co jest wynagradzany i nic ponad to, jest wedle pomiarów zaangażowany, czy nie?
7. czy zaangażowany oznacza automatycznie wydajny i skuteczny?
8. celem jest zaangażowanie wszystkich (100%), czy może pracowników kluczowych?
Kluczowe są dwa pierwsze pytania. W zależności od odpowiedzi na nie będzie można przejść do pozostałych lub dać sobie z nimi spokój, bo rozmowa zejdzie na poziom demonologii.
Co wiecie na temat powyższych pytań?
Powyższy zestaw pytań wynika z moich całkiem silnych obaw, że „zaangażowanie” jest niejasnym nadmiarowym (modnym) bytem, na podstawie „badań” którego wyciąga się zbyt daleko idące wnioski. Co więcej, staje się celem samym w sobie. Nie mierzymy go przecież, tylko pytamy ludzi o opinię. Do tego nie wprost na temat ich zaangażowania, a o odczucia co do otoczenia i zachowań cząstkowych. W tych samych warunkach różni ludzie wydają przecież bardzo odmienne opinie, to oczywiste. Jeżeli celem zwiększania zaangażowania jest wzrost wydajności, to dlaczego nie rozmawiać wprost właśnie o wydajności i różnych sposobach wpływania na nią (organizacyjnych i społecznych), zamiast koncentrować się na niejasnym bycie? Przecież można sobie wyobrazić organizację o bardzo wysokim stopniu zaangażowania ludzi i jednocześnie nieefektywną (coś w rodzaju reprezentacji Szkocji w piłce nożnej, przepraszam Szkotów).
Last but not least: jak to jest, że pomimo alarmistycznych publikacji o niskim i malejącym zaangażowaniu świat wciąż trwa…? Czy na pewno mierzymy to, co trzeba? O ile w ogóle to mierzymy.
Powiązane wpisy
Mity przywództwa cz.1.1: CO ROBIĄ LIDERZY?
(zanim przeczytasz ten artykuł, sięgnij po „Mity przywództwa cz.1 Jestem liderem firmy”, LINK) Tytułowe pytanie podlega badaniom od dobrych 60 lat. Za prekursora uchodzi Henry Mintzberg, którego artykuł podsumowujący badania
Najważniejsze stanowisko w obszarze HR
Uzbierało mi się ponad trzydzieści lat doświadczeń. Do tego w bardzo różnorodnych środowiskach. Bo to i uczelnia, i armia, i dziewiętnaście lat konsultingu. To ostatnie daje dodatkowo przekrój przez wszystkie
Jest albo nie jest, czyli „szef w wielkiej firmie”
Proszę sobie przypomnieć początek filmu Gladiator. Kilka minut zaledwie. Pierwsze DWIE minuty po napisie Germania. Tylko przygotowania do bitwy.