Czy coaching jest dla każdego?

Czy coaching jest dla każdego?

W poprzednim artykule dotyczącym coachingu (Coaching – dokąd doszliśmy?) zająłem się aktualnym statusem profesji w Polsce. Pozwoliłem sobie wyrazić zaniepokojenie zauważanym przeze mnie procesem systematycznej dewaluacji tego pojęcia. Z jednej strony wyraża się to widocznym dystansem menedżerów do usługi (a z nimi akurat mam do czynienia). Najlepszą ilustracją może być komentarz, który sam usłyszałem niedawno po trzeciej sesji od osoby, z którą prowadzę taki proces: „…wiesz Darku, zaczynam wierzyć, że rzeczywiście coś w tym jest…”. Dla mnie osobiście była to bez wątpienia ogromna satysfakcja. Jednocześnie pokazuje to, że punktem startu dla menedżera nie było obojętne zero, ale raczej coś na minusie… Z drugiej strony słowa coach/coaching odmieniane są masowo przez wszystkie przypadki w najprzeróżniejszych kontekstach. Kontekstach tak odmiennych, że nic dziwnego, że coachingiem staje się obecnie wszystko. A gdy staje się nim niemal każda czynność doskonalenia czegokolwiek i w jakikolwiek sposób, to nic dziwnego, że w głowach robi się zamieszanie. W uzupełnieniu do wielu przykładów z poprzedniego postu zobaczyłem niedawno, że występuje nawet coś takiego, jak coaching skóry… Bo dermatologia i kosmetyka brzmi mniej marketingowo, zapewne? Artykuł wzbudził duże zainteresowanie oraz ciekawą dyskusję, nie tylko w kanale publicznym (LinkedIn), ale także na kanałach bezpośrednich. Świata oczywiście nie zbawimy, ale głosów porządkujących wspomniane zamieszanie nigdy za dużo. Obiecałem wtedy także podjęcie kwestii „czy coaching jest dla każdego?”, co niniejszym czynię, licząc oczywiście na Państwa uzupełnienia i komentarze.

W procesie coachingu bierze udział do trzech stron. Jest to sponsor (firma), coach oraz coachee (nie lubię tego słowa, ale nie dorobiliśmy się chyba sensownego polskiego odpowiednika…). Co do pierwszego uczestnika odpowiedź jest prosta – tak, każdy pracodawca może zostać sponsorem procesu dla swojego pracownika. Ważne „tylko”, by: wiedział, na czym sama metoda polega, co jest osiągalne, a co na pewno nie, czym będzie mierzył efektywność procesu, czy sam pracownik jest przekonany i przygotowany do udziału, znał specyfikę roli sponsora, czyli np. rozumiał, że sam proces jest później wewnętrzną sprawą coacha i coachee z pełną tajemnicą treści (o którą sponsor nawet nie ma prawa pytać), rozumiał, że coaching to nie jest dopasowywanie pracownika do matrycy firmy, że owo dopasowywanie musi być wzajemne, czyli na końcu sam się musi trochę posunąć. Hmm… teraz już chyba widać, dlaczego słowo tylko wziąłem powyżej w cudzysłów, prawda? Tej wiedzy i zrozumienia jej konsekwencji nie zdobywa się w jedno popołudnie. Oprócz samej wiedzy potrzebna jest dojrzałość, zarówno organizacyjna, jak i po prostu ludzka. Jeżeli te warunki nie występują, to nie zaczynajmy od coachingu. Skończy się katastrofą i długotrwałym zniechęceniem do metody. Zniechęceniem niesłusznym, bo wynikającym z naszych błędnych oczekiwań i postępowania. Do tego jeszcze zamiast pomóc, możemy pracownikowi wyrządzić krzywdę i/lub go utracić.

Kolejny uczestnik, to coach. Jak już to dyskutowaliśmy w poprzednim poście, coachem formalnie może być każdy. Nie musi mieć żadnych certyfikatów, studiów, kursów itd. Pewnie dobrze gdyby miał, dobrze gdyby dołożył do tego adekwatne życiowe i zawodowe doświadczenie, dobrze gdyby to doświadczenie obejmowało także inne sfery, niż sam coaching (lub obszary pokrewne), dobrze gdyby wykazywał przy tym więcej pokory niż sprzedażowego entuzjazmu, dobrze gdyby był silny swoją stabilnością i spokojem (żeby był tym szewcem, który chodzi w butach, czyli nie trzykrotnie rozwiedzionym z latającą nerwowo powieką i znienawidzonym przez dzieci life-coachem) itd., ale… nie musi. Tym samym na tytułowe pytanie odpowiedzią formalną jest tak. Tym samym warto pytanie przeformatować. Bo gdy coachem może być każdy, dobrze jest uzbroić się w jakieś narzędzia pomagające nam odfiltrować szamanów (nie potrafi, ale wierzy, że potrafi, czyli szkodnik-entuzjasta) i szarlatanów (nie potrafi i nie wierzy, czyli szkodnik-kasa-misiu-kasa). Nie będę tutaj wyważał otwartych drzwi i wymyślał koła od nowa. Jest dobra i świeża publikacja na ten temat. Odsyłam do artykułu p. Macieja Bennewicza „Jak wybrać coacha„. Autor w znaczącej mierze koncentruje się na przybliżeniu nam kwestii certyfikacji, akredytacji, superwizji i elementów metodyki, dzięki czemu łatwiej prowadzić dyskusję z kimś, kto oferuje usługi coacha. Ze swojej strony będę bardzo mocno sugerował także sprawdzanie, czy i jakie coach ma inne udokumentowane doświadczenia oraz bliższe poznanie coacha jako człowieka.  Powinien być otwarty na taką rozmowę i niemal dowolne pytania mogące mieć znaczenie i związek z planowanym obszarem coachingu. Jeśli nie jest, wykręca się stosując np. metodę na hydraulika (będzie pani zadowolona), to musi nam się zapalić duża czerwona lampa…

No i dochodzimy do trzeciego elementu układanki, czyli coachee. Tutaj zacznę od znanej dosyć powszechnie historii, by ją skończyć w już mniej znany sposób. Po co? Ano po to, by spojrzeć na sprawę pod innym kątem i zobaczyć nowe odcienie (ze mną tak zawsze…). Za prekursora i symbol coachingu uznaje się Sokratesa. To ogólnie znana rzecz, cytując klasyka. Matka Sokratesa była położną, do czego on sam się odwoływał. Stąd mówi się o metodzie majeutycznej i wydobywaniu z człowieka tkwiącej w nim nieuświadomionej wiedzy (rolę akuszerki pełni coach). To jest ta powszechnie znana część historii. Ta przyjemna. W człowieku jest wiedza i są rozwiązania. Potem przychodzi coach (jakże miło porównać się z Sokratesem) i pomaga nam to wyciągnąć na światło dzienne. Sielanka. Przejdźmy więc do dalszego ciągu, który jest też znany, ale już nie tak powszechnie… Otóż wnioski Sokratesa (wedle Platona, bo sam Sokrates nic w piśmie nie pozostawił) brzmiały dodatkowo jakoś tak: „owszem, moja matka pomaga kobietom. Mimo to nie jest w stanie pomóc każdej kobiecie. Dlaczego? Bo kobieta musi być w ciąży!”. W związku z tym Sokrates wprost mówił, że nie w każdym człowieku jest wiedza, co to ją by można razem wydobywać. Co więcej, był na tyle odważny/ arogancki/ wytrwały/ wymagający/ otwarty/ nieostrożny (niepotrzebne skreślić), że takiemu delikwentowi nie odpuszczał, tylko w trakcie ironicznej dyskusji mu tę bolesną prawdę uświadamiał, traktując to wręcz jako część swojej misji. Dobrze na tym nie wyszedł, ale… nihil novi sub sole. Dzisiaj przecież także tępi się brak poprawności politycznej. Tyle że trucizny nie każą już wypijać. Podsumowując wątek coachee – coaching to nie jest lekki łatwy i przyjemny „benefit”, który możemy sobie zafundować (albo firma nam zafunduje). Bo szkolenia już mieliśmy, siłownię i dopłaty do obiadów też mamy, wyjazdy integracyjne nudzą itd. To nie jeden z wielu produktów do spróbowania na półce ze słodyczami. Do niego trzeba dojrzeć i wykonać wstępny wysiłek. W ciąży trzeba być… Z tego też powodu zdarza mi się odmawiać zainteresowanym i kierować na drugie kółko, nim przyjdzie właściwy czas. Z tego też powodu zdarzało mi się grzecznie, acz zdecydowanie prosić o przerwanie procesu, bo ciąża była pozorna.

Krótkie podsumowanie dla generałów i prezydentów

Formalna odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: TAK, coaching jest dla każdego i to niezależnie od tego, którą z trzech ról chce pełnić. Praktyczna odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: NIE, NIE, NIE. Każda z trzech ról obwarowana jest ograniczeniami i gotowością do przejścia przez pot, krew i łzy. Niestety, dominuje znajomość tej pierwszej, formalnej odpowiedzi i mamy, co mamy. Ale ludzi dobrej woli jest więcej, jak sądzę.

Previous Krótki smutny post, czym może być "uważność"
Next O różnicy między NIE KŁAM a MÓW PRAWDĘ

Powiązane wpisy

Chce się żyć! Teraz nawet bardziej!

Generalnie chce mi się żyć bardzo. Dzięki genom, wychowaniu i autorefleksji wiodę żywot dobry i świadomy. Ale… są takie chwile, gdy chce mi się żyć jeszcze bardziej! Dzisiaj jest taka

Cechy zwycięskich kobiet, czyli kobiety w biznesie

Kilka lat temu miałem zaszczyt przeprowadzić kwestionariusz rynkowy wśród polskich menedżerek. Piszę o zaszczycie, gdyż towarzystwo moich partnerów było niezwykle zacne: PWNet (Polish Professional Women Network), PwC, White & Case

Darku, znów rozwaliłeś system!

KSIĄŻKA Dariusz Użycki, „Czy jesteś tym, który puka?” dostępna TUTAJ (link)   „Darku, znów rozwaliłeś system! Gratuluję pierwszego miejsca i oceny 5,0 za umiejętność występowania” – taką wiadomość właśnie dostałem

0 komentarzy

Brak komentarzy

Bądź pierwszy i Skomentuj ten post

Skomentuj

Ze względu na boty możliwość dodawania komentarzy tymczasowo wyłączona.