Andrzej Jeznach – Szef, który ma czas, recenzja

Andrzej Jeznach – Szef, który ma czas, recenzja

Podchodziłem do tej książki, jak pies do jeża. Odstraszał mnie podtytuł nawiązujący do pewnego koloru i współgrający z nim kolor okładki… Miałem ogromne obawy, że będzie to kolejna nudna ideologiczna pozycja prezentująca jedyną słuszną metodę zarządzania wszystkimi firmami świata. Do tego wmawiająca nam, że do tej pory wszyscy się mylili, że ludzie z natury są wszyscy tak samo dobrzy, tylko zły system nie daje im tego pokazać i tak dalej. Tym bardziej, że zbyt często takie książki piszą ludzie, którzy sami niczym istotnym nie zarządzali, a i tak wiedzą najlepiej, jak firmy powinny być urządzone.

Aż przyszło mi poznać autora osobiście. Spotkaliśmy się w cztery oczy i przy kawie porozmawialiśmy o swoich doświadczeniach i przemyśleniach. To było bardzo ciekawe i wartościowe spotkanie. Zobaczyłem normalnego dojrzałego człowieka, mówiącego językiem równie normalnych ludzi, bez żadnego bełkotu proroków biznesu i szczęścia powszechnego. Człowieka świadomego swoich sił oraz ułomności (jak my wszyscy) i, co dla mnie ma wartość szczególną, wciąż poszukującego, wciąż charakteryzującego się ciekawością świata, procesów i ludzi. To sprawiło, że zabrałem się do czytania (choć na okładkę starałem się nie patrzeć :-).

Nie zawiodłem się. To ciekawa książka, godna polecenia. Z kilku zasadniczych powodów.

Andrzej Jeznach szczerze i bardzo uczciwie pokazuje swoją drogę, zmagania i poszukiwania w roli menedżera najemnego oraz właściciela firmy. Nie boi się opisać porażek, czy też błędnych decyzji. Nie boi się samemu kwestionować własne wybory i poszukiwać ich źródeł (także w emocjach, czy też intuicji). Nie udaje herosa. Jest w tym prawdziwy. A to wcale nie takie częste podejście.

Nie „filozofuje” dążąc do zbawienia całego świata. Nie udaje proroka, który mówi nam, jak ma być, a gdy już tak będzie, to automatycznie zapanuje szczęście. Andrzej Jeznach wielokrotnie podkreśla, że opisuje swój przypadek, w swojej stosunkowo niewielkiej, acz prężnej firmie. To ogromna wartość. Mamy ni mniej, ni więcej poszerzoną analizę przypadku. Możemy to natychmiast odnieść do własnych doświadczeń. Możemy zastanowić się, jakie sami byśmy podjęli decyzje w opisanych sytuacjach.

To książka praktyka dla praktyków. Chwilami Autor wręcz tylko sygnalizuje zagadnienia i sugeruje kierunek poszukiwania rozwiązań. Za to znalezienie ich, czyli tych bardzo indywidualnych, pozostawia już czytelnikowi. To nie poradnik, tylko przewodnik. Wielka zaleta. Podczas czytania jesteśmy aktywni intelektualnie.

Wstawki na temat „seledynowej religii” są w umiarkowanej liczbie (uff…). Co więcej, uwaga uwaga, Andrzej Jeznach podaje szereg konkretnych znacznie wcześniejszych i znacznie praktyczniejszych biznesowo przykładów książek, autorów, badań, które poruszają zagadnienie delegowania uprawnień i samozarządzania. Wskazana literatura to świetna wartość dodana. Pokazująca zresztą, że gdyby usunąć z książki wszystkie wstawki o „seledynie”, to… nic się nie zmieni. Po prostu świat już to dawno wymyślił i opracował intelektualnie znacznie lepiej i dogłębniej, niż modni prorocy od kolorów. Andrzeju, wielki szacunek za tak uczciwe intelektualnie podejście.

Książka rodzi też szereg dalszych pytań, które pozostają otwarte i wychodzą poza ramy przedstawionych doświadczeń. Niektóre z tych pytań stawia sam Andrzej Jeznach, przyznając, że nie zna odpowiedzi (jeszcze, bo szuka i chwała mu za to). Inne dotyczą np. aplikowalności opisanych metod w znacznie bardziej złożonych międzynarodowych strukturach. Sam Autor przyznaje, że to nie jest proste przełożenie 1:1. Jeszcze inne każą zapytać o ciąg dalszy i punkt docelowy omówionego procesu, czyli jego konsekwencje. Bo tym punktem docelowym bardzo logicznie może być… brak szefa. Czyli w tym przypadku właściciela firmy… A to już trąci pokusą do wyeliminowania tego „zbędnego” ogniwa, czyli hasłami uwłaszczeniowymi, czy aby nie komunizującymi na końcu.

Jeszcze w trakcie lektury pozwoliłem sobie skontaktować się z Autorem i zasygnalizować mu te kwestie i po partnersku przedyskutować. Oprócz ciekawej i twórczej wymiany zdań, dostałem też zapewnienie, że ten wątek będzie rozwinięty w kolejnej książce zatytułowanej „Szef, który myśli”. Dobra wiadomość – ta książka właśnie się ukazuje i do tego ma porządną żółtą okładkę :-). Na pewno kupię i przeczytam!

PS

Nazwa pewnego koloru przechodzi mi przez gardło z dużym trudem. Stąd w tekście pojawił się „seledyn” jako zamiennik. Miłośnicy cyklu o przygodach Endriu wiedzą, o co chodzi. Zresztą, chyba można się domyślić…

Previous A gdyby Hitler malował piękne obrazy? Etyka w biznesie
Next Reguła 4K, czyli haft na piżamie

Powiązane wpisy

Inne

Słucham Gadam, wywiad, wersja audio

Pani Kamila Goryszewska zaprosiła mnie do swojej cyklicznej audycji Słucham Gadam i przesłuchała. Na tyle skutecznie i umiejętnie, że się rzeczywiście rozgadałem… Rozmawialiśmy o wielu rzeczach, w tym o autorefleksji,

Cechy zwycięskich kobiet, czyli kobiety w biznesie

Kilka lat temu miałem zaszczyt przeprowadzić kwestionariusz rynkowy wśród polskich menedżerek. Piszę o zaszczycie, gdyż towarzystwo moich partnerów było niezwykle zacne: PWNet (Polish Professional Women Network), PwC, White & Case

Dlaczego NIE chcę zostać INfluencer’em

Trawestując Gustlika z Czterech Pancernych, INfluencerów dzisiaj jak mrówków (znaczy się dużo). Ponieważ piszę w przestrzeni LinkedIn, to zajmę się tym zjawiskiem właśnie lokalnie. Cały pozostały świat FB, YT itd.