Źródła wiedzy o sobie, Assessment Center i otoczenie

Źródła wiedzy o sobie, Assessment Center i otoczenie

Jesteśmy otoczeni ciągłym strumieniem wiedzy na swój temat. Wystarczy sięgać. Z kolei podstawowa czynność, jaką powinniśmy wykonywać podczas analizy informacji z wielu źródeł, to poszukiwanie prawidłowości. Poszukiwanie powtarzającego się wzoru. No bo jeżeli z różnych źródeł dostajemy podobne informacje, to jest szansa, że zbliżamy się do czegoś prawdziwego. Czy nam się to podoba, czy nie. Powtórzę przykład, którym już raz się posłużyłem. Jeżeli powtarzalną informacją zwrotną, jest to, że nie umiesz słuchać, to znaczy, że nie umiesz. Z kolei wielokrotnie byłem świadkiem, gdy ktoś mówił „ja to zbytnio społeczny nie jestem”, by natychmiast usłyszeć silny i pozytywny sprzeciw ludzi z nim pracujących. Po prostu zaniżał swoje zaangażowanie, które dla otoczenia jednak dużo znaczyło.

Poniżej dwa ostanie kanały pozyskiwania informacji na swój temat oraz podsumowanie. Po ostatniej kropce nie pozostaje nic, tylko zacząć to robić.

 

Assessment Center

Kolejne źródło wiedzy o sobie, to coraz szerzej stosowane tzw. Assessment Center. Mam na myśli całą  kategorię, czyli wszystkie składowe i mutacje, jak: analiza przypadku, koszyk zadań, spotkanie jeden na jeden z pracownikiem, spotkanie z zespołem, zadania grupowe, prezentacje itd. Nie są to narzędzia ukochane przez wielu uczestników. Trzeba w nich wejść w zadaną rolę, stosunkowo szybko zapoznać się z opisem sytuacji i tę rolę odegrać znajdując się pod obserwacją kilku asesorów. O ile w analizie przypadku kluczowa jest nasza wiedza, doświadczenie i myślenie, czyli jest to zadanie głównie intelektualne, to w pozostałych elementach autentycznie musimy odgrywać scenki wedle nakreślonego scenariusza. Sam też nigdy nie przepadałem za udziałem w takich przedsięwzięciach jako obserwowany. Z jednej strony jako introwertyk, z drugiej jako osoba, która musi poczuć prawdziwą adrenalinę i usłyszeć świst prawdziwych pocisków, by wejść na swoje wyżyny. Huk ślepaków i udawane scenki pokojowe to dla wielu trochę mało.

Ale z Assessment Center jest jak z demokracją. Doskonałe to nie jest, ale w swojej kategorii nie ma na razie nic lepszego (wpuszczanie nas do akcji w pełnym świecie wirtualnym wciąż działa tylko w filmie i literaturze, choć jest bliżej, niż nam się wydaje…). Bo można się o uczestnikach jednak bardzo dużo dowiedzieć, a przynajmniej zdobyć świetny materiał i przesłanki do dalszej dyskusji z tymże uczestnikiem. Bardziej zresztą chodzi o poznanie i zrozumienie stylu myślenia i działania uczestnika, niż o jedno jedyne konkretne rozwiązanie. To nie jest metoda zerojedynkowa, na szczęście. Co dalej, to się już drogi czytelniku możesz domyślać. Sugeruję podejście do takich zadań w sposób otwarty, jako ciekawe jednak doświadczenie. Tym bardziej, że najczęściej nie mamy wyjścia i aspirując do nowej roli musimy przez taki element przejść (odmowa oznacza rezygnację, np. z procesu rekrutacji). Oczywiście mamy pełne prawo domagać się później omówienia przebiegu ćwiczenia z asesorami. Przyznam, że jako asesor tę część akurat bardzo lubię. Traktuję ją jako partnerską dyskusję na temat uzyskanego materiału i… dalszy ciąg pozyskiwania wiedzy. Dyskusję o tym, jak i dlaczego właśnie tak uczestnik może być odbierany przez otoczenie. Z kolei na pewno nie o tym, jaki on jest. Bo tego nie wie nikt, jeśli odłożymy na bok kwestie boskie. Przy takiej relacji z asesorami będzie to kopalnia wiedzy o percepcji naszej osoby przez otoczenie. Oczywiście zakładam tutaj profesjonalizm i bogactwo doświadczeń samych asesorów, z czym też oczywiście bywa różnie. Ale na to wpływu nie mamy.

Opinie z otoczenia

Pozostaje nam jeszcze jedno źródło wiedzy na swój temat. Najpowszechniejsze, ale też trudne w odbiorze i interpretacji. Mam na myśli opinie z otoczenia uzyskiwane sporadycznie, ad hoc. Codziennie dostajemy sporą porcję takich puzzli od rodziny, kolegów, szefa, znajomych i wręcz nieznajomych ludzi (na ulicy, w sklepie, kinie itd.). To jest morze informacji, z których większości w ogóle nie zauważamy lub bardzo szybko racjonalizujemy („dlaczego ten ktoś w kinie tak na mnie zareagował? Bo to dziwny jakiś człowiek!”, no i po sprawie). Oczywiście trudno na okrągło analizować wszystko. Raczej by nam się w głowie zagotowało i byśmy oszaleli od nadmiaru wątków. Ale… codziennie wynikają ze dwie trzy sytuacje, którym warto poświęcić jednak choć chwilę zastanowienia. Czy to od razu, czy to wieczorem, gdy pył bitewny dnia nieco opadł, w ciszy i będąc chwilę sam na sam ze sobą. W tym przypadku introwertycy mają jednak przewagę, bo dla nich to bardziej naturalny tryb działania.

 

A co się dzieje najczęściej z tym ogromem dostępnej wiedzy na nasz temat? Za ilustrację niech posłuży historia, która mi się przydarzyła w roli doradcy. W ramach przygotowywania się do procesu rozwojowego menedżera poprosiłem go o przyniesienie wszelakich materiałów, jakie zgromadził na swój temat. Wywiązał się z zadania wzorowo – otrzymałem pełny i uporządkowany segregator. Menedżer miał swoje lata, piastował wysokie stanowiska, pracodawca dbał o systematyczne badanie go wzdłuż i wszerz. Przyjąłem, przeczytałem od deski do deski, potem drugi raz, porobiłem notatki, pogrupowałem informacje powtarzające się, zidentyfikowałem ekstrema itd. Klasyczna robota zawodowego konsultanta. Tak wstępnie przygotowany poszedłem na pierwsze spotkanie. Położyłem segregator między nami. Na twarzy menedżera widać było spokojne oczekiwanie, że zaraz mu opowiem, cóżem to ja swoją analizą wykrył. No i zaskoczenie, bo zacząłem jednak od prośby, by to on mi jak najszerzej opowiedział, co według niego z tych materiałów wynika. Dostałem taką odpowiedź, jakiej się spodziewałem, niestety. Wpierw pełna zaskoczenia cisza, a później raczej nieudolne próby wyjaśnień, że w sumie to kiedyś nawet to czytał, ale później już jakoś nie zaglądał, no bo praca, bo dużo zajęć, bo to, bo tamto… Był zresztą uczciwy i odważny i szybko przerwał te marne dosyć tłumaczenia, uderzył się w piersi i przyznał – tak, leżało w szufladzie latami, kurz to pokrywał i tyle z tego pożytku miałem… Ano właśnie. Mamy takie segregatory, ewentualnie stosunkowo łatwo możemy je zgromadzić. No i albo je kurz pokrywa, albo ich w ogóle nie kompletujemy.

 

Podsumujmy źródła wiedzy o sobie, opisane w kilku artykułach na stronie:

– przeglądy kadrowe

– ankiety osobowościowe

– ankiety 360o

– coaching / mentoring

– assessment center / analizy przypadków

– codzienne, sporadyczne opinie i sygnały z otoczenia

– autorefleksja (jako pierścień, który rządzi wszystkimi pozostałymi).

 

Jest tego trochę, prawda? Wiemy już, gdzie i jak szukać wiedzy na swój temat. Całkiem wiarygodnej przez to, że pochodzi z zewnątrz i bazuje na racjonalnych przesłankach.

Previous Krótki dowód skuteczności pukania
Next Poradnikowo, wywiad, wersja audio

Powiązane wpisy

Autorefleksja 0 komentarzy

Szczęście a pieniądze, czyli dają czy nie?

Jest takie jedno z tych wiecznie żywych pytań, które zawsze wzbudza emocje i niekończące się dyskusje: czy pieniądze dają szczęście? Jest to jedno z zagadnień typu gdzie jest wiatr, gdy nie wieje? Samo

Autorefleksja

A gdyby Hitler malował piękne obrazy? Etyka w biznesie

Poniżej tekst przypadku opracowanego przeze mnie do dyskusji na temat: etyka w biznesie. Przygotowałem go wedle jednej z klasycznych zasad. Polega ona na tym, że dane wyjściowe są szkieletowe, czyli znamy

Autorefleksja 12 komentarzy

Krowi level, czyli autorefleksja dla zaawansowanych

UWAGA – Krowi level jest kontynuacją artykułu „Autorefleksja, podręczny zestaw przetrwania, czyli o pożytkach posiadania wagonu amunicji”. Zdecydowanie warto zajrzeć chociaż do jego wstępu przed lekturą poniższego tekstu. Będzie wtedy