Humanizować AI, czy dehumanizować człowieka?

Humanizować AI, czy dehumanizować człowieka?

Sobotnia wieczorowa pora. Rozmowa w trójkę, z Jackiem Santorskim i Kamilą Goryszewską. W dobrym i luźnym stylu. Dobrym, bo uważnie słuchamy się, nie przerywamy, wzajemnie inspirujemy. Luźnym, bo bez narzuconej struktury, tematy pojawiają się i znikają. Bardziej otwieramy sobie drzwi umysłu do dalszych samodzielnych przemyśleń, niż domykamy zagadnienia. Stąd też wątków pojawiła się wielość. Herbata, nie kawa, bo kawiarka zepsuta. Stąd też moje dalsze przemyślenia, już w ciszy samotności.

Jednym z tych tematów była sztuczna inteligencja (AI). Wręcz kilka odrębnych wątków. W tym kwestia empatii AI. Temu poświęciłem już osobny artykuł (na razie w szufladzie, ukaże się jeszcze w kwietniu), więc mogłem się z rozmówcami już pewnymi przemyśleniami podzielić. Powrót do tej kwestii w dyskusji zainspirował mnie do dalszych przemyśleń na temat kierunków rozwoju AI. Biorąc pod uwagę kryterium „człowiek jako punkt odniesienia”, nasunęły mi się 3 takie kierunki:

  1. Humanizowanie AI, czyli rozwijanie na wzór człowieka
  2. Dehumanizowanie człowieka, czyli cybernetyczne wzmacnianie funkcji
  3. AI łączące zalety ludzi i maszyn w nową jakość

Pierwszy kierunek przywołał Jacek Santorski. Rozważał, jak osiągnąć wspomnianą empatię (ro)bota. Rozważał, że skoro empatia jest być może czysto ludzkim zjawiskiem, to może… świadomie czynić (ro)bota niedoskonałym, popełniającym systematycznie błędy i poplątanym decyzyjnie. Tak, jak człowiek, który uczy się, ale w ograniczonym zakresie. Człowiek, który ma równie ograniczone możliwości zbierania i przetwarzania informacji, więc ewolucyjnie rozwinął sposoby tzw. ekonomii myślenia (osiągać efekt myśląc jak najmniej, żeby się system nie przegrzał). No i wtedy jest szansa na pojawienie się u (ro)bota takich zjawisk, jak empatia. Wtedy też ma pojawić się szansa na płynne wejście rozwiązań AI w świat interakcji z ludźmi. No bo podobne z podobnym…

Bardzo to ciekawy wątek. Dla mnie jednak mocno nieprzekonujący. Skoro mamy już blisko osiem miliardów niedoskonałych na swój sposób istot (a ich liczba gwałtownie rośnie), to po co tworzyć coś, co będzie tylko odtwarzać i naśladować ich funkcje. Do tego z takimi samymi błędami. Tym bardziej, że wyjściowa teza, iż „empatia jest czysto ludzkim zjawiskiem” jest nie do obrony. To, jak wspomniałem, rozważam w osobnym artykule, na dniach. Kierunek takiego humanizowania AI odbieram raczej jako wyraz tęsknoty za tworzeniem „na wzór człowieka” (bo „człowiek miarą wszechrzeczy” z całą wielowątkowością tego sformułowania) oraz obaw, do czego mogą doprowadzić dwa pozostałe scenariusze. To drugie chyba nawet bardziej…

Uwaga dodatkowa. AI też oczywiście będzie się uczyć i ten proces uczenia się już teraz jest fundamentem jej prenatalnej obecnie fazy rozwoju. Tyle, że jak już się czegoś nauczy, to będzie umieć i po co wszczepiać jej dystraktory czysto ludzkiego pochodzenia.

Uwaga numer dwa. Pisząc o dystraktorach ludzkiego pochodzenia nie mam na myśli kwestii wplatania wątków etycznych do rozwiązań AI. To inne zagadnienie.

Kierunek drugi – dehumanizacja człowieka. Mam na myśli trwałe cybernetyczne wzmacnianie funkcji organizmu. Stanem wyjściowym jest istota czysto biologiczna, której wszczepiamy elementy potęgujące dotychczasowe możliwości. Raz, że mają to być elementy już spoza biologii. Dwa, że kluczem jest słowo potęgują, czyli wznoszą na poziom dotychczas niedostępny. Karierę zaczyna powoli robić pojęcie augmentacja. Czy się przyjmie, zobaczymy. Na razie świetnie sobie radzi w grach komputerowych. Choćby w niezwykle udanej serii Deus Ex, skąd pochodzi ilustracja artykułu. Bardzo możliwe, że zadomowi się na stałe w naszym języku. Sądzę, że jest to kierunek nieunikniony. Zacznie się to z powodów oczywistych. Ba, już się zaczęło. Bo czyż nie jest dobrze ratować życie lub przywracać funkcje bezpowrotnie utracone? Oczywiście, że jest dobrze i należy temu przyklasnąć. Przeszczep serca i wstawianie coraz doskonalszych zamienników sztucznych, szczególnie w przypadku braku dawcy. Protezy kończyn. Endoprotezy. Systemy pozwalające się komunikować ze światem ludziom sparaliżowanym – np. bazujące na odczycie impulsów mózgowych. Systemy pozwalające choć częściowo przywracać wzrok. Dzisiaj w powijakach, jak samochody na przełomie XIX i XX wieku. Zaczyna się to od wszczepienia czegoś, co ledwie symuluje funkcje zastępowanego fragmentu ciała w sposób podstawowy, gorszy od oryginału. No ale porównajmy właśnie pierwszy samochód z dzisiejszymi, które i tak są tylko etapem do dalszych konstrukcji… Pierwszą protezą ręki był zakrzywiony metalowy hak, a protezą nogi drewniany kołek. Dzisiaj zaczynają to być całkiem złożone mechanizmy, których doskonalenie praktycznie nie ma kresu. Aż po przekroczenie możliwości pierwowzoru. To nieunikniony proces.

Przypomnę choćby dyskusje, czy południowoafrykańskiego biegacza Oscara Pistoriusa należy dopuścić do rywalizacji z ludźmi z racji posiadanych protez obu nóg. Rozważanym problemem było, czy te protezy nie dawały mu już przewagi nad innymi biegaczami. A przecież jego protezy były wciąż rozwiązaniem czysto mechanicznym. Jeszcze bez żadnych elementów sterujących, nie mówiąc o sprzęgnięciu ich z układem nerwowym/mózgiem. Prace nad takimi rozwiązaniami trwają. Pytanie raczej już nie brzmi, czy to jest możliwe, a bardziej, kiedy i czy są wystarczająco dobre (i tańsze) rozwiązania alternatywne.

Jeżeli wszczepimy sztuczne serce, to co szkodzi dodać tam funkcje monitorujące skład krwi, tętno i inne funkcje? Nic. A technologia to umożliwi. No to skoro może to na początku ratować życie, niech ratuje. Z czasem zamiast ratowania w przypadkach krytycznych dodamy pytanie – a co z przedłużaniem życia ludziom, których serce jest na granicy używalności, a cała reszta organizmu, łącznie z mózgiem jest w porządku? Odmówimy im prawa do życia? No nie odmówimy. Będziemy więc wszczepiać to doskonalsze od pierwowzoru serce także im. A stąd już tylko krok do kolejnego pytania – a dlaczego czekać na wypadek lub chorobę, skoro można udoskonalić organizm… prewencyjnie?! Najpierw tym statystycznie zagrożonym.  Później, każdemu, kto zechce i będzie miał środki po temu. Później… każdemu.

Ba, przecież już to robimy, szczepiąc się, biorąc leki i stosując masę innych zabiegów (aż po medycynę estetyczną). Jeżeli dzisiejsza endoproteza, proteza ręki, sztuczne serce są OK, to gdzie się zaczyna granica „nie OK”? Nie ma jej. To tylko nasze myślenie. Do tego każdego z nas inne, czyli subiektywne. Dla człowieka średniowiecza rozrusznik serca byłby prawdopodobnie takim samym szokiem, jak dla niektórych z nas może się wydawać sztuczne serce z dziesiątkami dodatkowych funkcji, których nie ma w pierwowzorze.

Podobny ciąg myślenia: zaczniemy od systemów wzmacniających wzrok ludziom przewlekle chorym; a skoro choć częściowo przywróciliśmy utracone możliwości, to… dlaczego nie poszerzyć? Choćby o analizę fal o długości do tej pory „zwykłym” oczom niedostępnym. To samo ze słuchem. Najpierw ratujemy i przywracamy, by zapytać, a dlaczego nie poszerzyć? Skoro technika to będzie umożliwiać. A wzmacnianie funkcji mózgu? Tutaj to dopiero może się zadziać…

Zainteresowanym rekomenduję dodatkowo książkę profesora Harvardu, Michaela J. Sandela „Przeciwko udoskonalaniu człowieka. Etyka w czasach inżynierii genetycznej”. Warto przeczytać, choć moje wnioski końcowe są odmienne. Michael Sandel stara się postawić tamę procesowi cybernetycznej i genetycznej ingerencji w ludzkie ciało. Według mnie, to walka z wiatrakami. Tamy nie da się postawić, bo to nieunikniony proces, zaczynający się od oczywistej konieczności, czyli ratowania życia. A później krok dalej. A później kolejny krok itd. Można i należy dyskutować za to o tym, jak to robić. By nie podążać ścieżką Frankensteina, czyli na skróty. Dla zachcianek tyranów lub milionerów.

Uwaga dodatkowa: jestem przekonany, że ścieżki na skróty i tak są już gdzieś sprawdzane… Proszę zajrzeć do mojego poprzedniego artykułu „Etyka w biznesie – wszyscy jesteśmy więźniami”. Praw fizyki pan nie zmienisz…

Kierunek trzeci – AI łączące zalety ludzi i maszyn w nową jakość. To się zaczyna dziać na naszych oczach. Jak pisałem wyżej, powijaki, stan embrionalny, stoimy zaledwie w drzwiach. Ale te drzwi są już otwarte, bo przechodzimy z fazy dywagacji intelektualnych myślicieli (filozofów i naukowców) do uchwytnych rozwiązań technologicznych (czyli inżynierów). A widzimy tylko to, co… pozwala nam się zobaczyć. Ponieważ akurat ten kierunek jest tematem moich rozważań w powstającej serii artykułów, nie ma potrzeby, by rozwijać go tutaj. Tym samym tylko sygnalizuję i zapraszam do lektury pozostałych, którymi będę systematycznie się dzielił. Kluczem jest słowo „zalety”…

Previous Mega wzrusz Endrju, cz.7, Kansalci
Next Słucham Gadam, rozmowa 5, wersja audio

Powiązane wpisy

Autorefleksja 0 komentarzy

Zachowania, czyli „Czy nas dwóch jest, czy ja jeden?”

Zacznijmy od małego eksperymentu. Odpowiedzmy sobie, jaka jest osoba, która tak opisuje swoje zachowania (prawdziwe! same fakty): bardzo kocham swoją rodzinę; rodzina jest dla mnie najważniejsza i daję temu wyraz

Autorefleksja

Natura człowieka w praktyce – jest dobry czy zły?

Jaka jest natura człowieka? To pytanie zaprząta nasze umysły od tysiącleci. Mamy masę świetnych rozpraw na rzecz jednej i drugiej tezy lub obu jednocześnie. Filozoficznych, religijnych, naukowych. Większość z nas

Autorefleksja

Wizualizacja – czary mary, czy przydatne narzędzie?

Określenie wizualizacja jest stosowane i znane dosyć powszechnie. Wystarczy je wrzucić w wyszukiwarce, by już na pierwszej stronie obok sfery twardych zastosowań inżynierskich pojawiło się sporo linków do szeroko rozumianego