Etyka w biznesie – rachunek prawdopodobieństwa

Etyka w biznesie – rachunek prawdopodobieństwa

Ponieważ to cykl artykułów i kolejność ma znaczenie, to początek odcinka warto zrobić wedle najlepszych wzorców wytwórni seriali. Od przypomnienia, na czym skończył się poprzedni. A skończył się tak:

zacznijmy od fundamentalnego pytania dotyczącego zachowań biznesowych. Pisząc „fundamentalnego” mam na myśli takie, które warto zadać na początku. Udzielona odpowiedź będzie gruntem do dalszych rozważań. Pytanie jest jak najbardziej godne rozpatrywania (i jest rozpatrywane) w kategoriach etycznych. Za to my rozpatrzymy je matematycznie. To pytanie brzmi:

czy nieustająca maksymalizacja własnej wygranej w każdym kroku jest skuteczna?

 

Alphonse Gabriel Capone był typem CEO sprawnej i bardzo wydajnej organizacji biznesowej. Obracał ogromnymi kwotami pochodzącymi z handlu, rozrywki, przemytu, wymuszeń itd. Do tego nie zawracał sobie głowy podatkami PIT, CIT i VAT, czy jak się one wtedy nazywały. Al Capone, bo bardziej znany jest ze skróconej wersji imienia, jest przykładem dynamicznej i bardzo charakterystycznej kariery. Zarówno on, jak i jego sektor biznesu (gangsterstwo) są dla celów tego artykułu bardzo przydatni. Skrajność tego przykładu jest zaletą ilustracyjną. Procesy są takie same, jak w innych sektorach biznesu, tyle że położone gdzie indziej na skali intensywności. To czysty przykład właśnie podejścia maksymalizującego własną wygraną w każdym kroku. Jak to się daje słyszeć dzisiaj w korpomowie „moje win ważniejsze niż twoje win”. Tu i teraz. Żadne tam odłożone gratyfikacje. Jutra nie ma. W przypadku Ala Capone to „win” jakiejkolwiek innej strony jest wręcz niewskazane. Wszyscy mają wiedzieć, kto tu jest panem. W każdej minucie, w każdej sprawie.  Żeby on wygrał, inni muszą przegrywać i uznawać jego panowanie. W otaczającym nas dzisiaj biznesie niektórzy by powiedzieli: przykład twardego, bezkompromisowego, ambitnego, grającego zawsze ostro o najwyższe stawki menedżera. Część by dodała: takiego nam trzeba, a w ich głosie brzmiałby podziw. Zaczynał jako ochroniarz, a wspomnianym „CEO” został w wieku trzydziestu kilku lat (ciężko ranny poprzednik ustąpił, namaszczając Ala). Jeszcze przed czterdziestką został dopadnięty. Za podatki, nie za gangsterkę. Obnosił z bogactwem i nie umiał udokumentować przychodów, czyli do tego zadufany arogant. Później odsiadka w Alcatraz, postępująca demencja i śmierć przed pięćdziesiątką. We własnym łóżku, więc i tak miał szczęście, za to ostatnie lata bardziej jako schorowane warzywo, do tego praktycznie zapomniane.

Drugi przykład podobnego stylu sprawowania funkcji „CEO”, to Pablo Escobar. Ten sam model kariery – robisz, co mówię, albo giniesz. Każdy krok, to maksymalizacja. Żadnych kompromisów. Także ogromna arogancja i wiara, że jest się kierowcą wybranym, więc wypadki zdarzają się tylko innym. Trafił na listę Forbesa najbogatszych ludzi świata, więc i polowanie na niego obserwował cały  świat. Ścigały go policje i komandosi kilku krajów, konkurenci oraz… komando przedstawicieli ofiar. Odnosząc to do realiów naszego środowiska: działał w trudnych i do tego coraz trudniejszych warunkach biznesowych. Bardzo skutecznie o to zadbał właśnie swoim stylem prowadzenia tegoż biznesu. Zastrzelony w wieku czterdziestu czterech lat. Dumne zdjęcia „myśliwych” nad jego podziurawionym i zakrwawionym ciałem są bez problemu dostępne w Internecie, mimo ich raczej drastycznej wymowy. Jak na siódmego najbogatszego człowieka na świecie, to się długo nie nacieszył.

To tylko dwa przykłady „twardych, bezkompromisowych menedżerów”, którzy, powtórzę, w każdym kroku grają o najwyższą stawkę. Co ważne, dochodzą na sam szczyt. Czyli są przykładem, że w ten sposób na tenże szczyt można wejść. To tworzy legendy, czyli rodzaj bajek. Dalsze przykłady takich karier (z takim samym końcem) można by mnożyć. Bonnie i Clyde, Dillinger to wręcz ikony takiego samego podejścia. A gdy się zejdzie niżej w hierarchii takich „firm”, to widać, że trup ściele się niezwykle gęsto. Patrząc na to można zacząć mieć odczucie, że samo gangsterstwo to niezwykle wydajny, wysokomarżowy, więc świetny biznes. Za to bycie gangsterem w wyżej opisanym stylu (biorę zawsze wszystko) częściej kończy się źle, niż dobrze. Pisząc „dobrze” mam na myśli dojście do życia dostatniego, spokojnego, bez potrzeby chowania się cały czas jak szczur i śmierć z powodu późnej starości, we własnym łóżku, a nie od nadmiaru ołowiu w organizmie.

Po co ten cały wstęp i wspomniane przypadki biznesowe? Po to, by teraz łatwiej mogła wkroczyć chłodna matematyka. Przełóżmy opisany scenariusz „maksymalizacja w każdym kroku” na jej język. Capone i Escobar mogli działać wedle wielu scenariuszy. Świadomie, czy nie, wybierali ten skrajny, czyli za każdym razem gram najostrzej. Świat, czyli inni uczestnicy, ma mi się podporządkować. Prawdopodobieństwo całkowite, że wydarzy się cokolwiek, to 100%. Scenariusze skrajne są obdarzone największym ryzykiem, bo musi wystąpić szereg sprzyjających okoliczności. Do tego swoim działaniem antagonizuję innych uczestników gry, czyli uruchamiam ich do przeszkadzania. W tym przypadku to największe ryzyko równa się stosunkowo niskiemu prawdopodobieństwo sukcesu. Ale ono oczywiście jest większe od zera.

Przejdźmy więc do rachunku prawdopodobieństwa w wersji podstawowej. Załóżmy, że prawdopodobieństwo zdarzenia wynosi 10% (0,1). To i tak całkiem dużo, jak na ryzykowne warianty gry o maksymalną stawkę (gdziekolwiek, w kasynie, biznesie, gangsterce). Ile wynosi prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch takich zdarzeń jedno po drugim? Prawdopodobieństwa w takim przypadku się mnoży, a nie dodaje. Czyli wspomniana wyżej szansa sukcesu wynosi 0,01, czyli 1%. Szybko spadło z 10%, prawda? Już w drugim kroku. A jeżeli gramy na pięciokrotne pojechanie po bandzie, to mamy szansę… 0,00001. Słownie jeden na dziesięć tysięcy. Szósty sukces z rzędu, to jeden na sto tysięcy, siódmy, to jeden na milion. I tak dalej. Capone i Escobar, poza przymiotami charakteru, mieli niesamowite szczęście, tworząc legendę, że tak można. Prawdopodobieństwo sukcesu szorowało po ziemi, a oni działali tak przez dobrych kilka lat. Nie zapominajmy, że w trakcie tej ich szczęśliwej (do czasu!) drogi setki lub tysiące innych odpadło/zginęło znacznie wcześniej, pokonanych przez prawa matematyki. Łatwiej nam też spojrzeć na kariery Capone, Escobara i szeregu mistrzów zwykłego biznesu działający w stylu strzelanek „kill’em all”. Wyjść z kręgu mitów tworzonych choćby przez filmy, czyli hollywoodzką wersję rzeczywistości. Nieustająca jazda po bandzie jest przepisem na samobójstwo. Prawdziwe lub biznesowe. Matematyka wspiera tutaj postulaty etyczne, by tego nie robić.

Ale… to wcale nie koniec. Morał w stylu „nie maksymalizuj nieustająco, bo skończysz jak Capone/Escobar/Bonnie&Clyde, bo oprócz postulatów etyki dowodzi tego matematyka” to za mało. Historia sektora biznesu zwanego gangsterstwem daje nam dalszy niezbędny ciąg wywodu. Kolejne pytanie, które musimy sobie zadać, brzmi: skąd wiedzieć, czy scenariusze alternatywne są lepsze, bo matematyka matematyką, ale przydałby się jakiś namacalny dowód.

Mamy to. Daje go inny gangster – Lucky Luciano i jego koncepcja prowadzenia biznesu. Na matematyce zapewne za dobrze się niż znał. Dzieł etycznych również raczej nie studiował. Za to obserwując efekty doszedł do wniosku, że biznesu w stylu współczesnych mu Alów Capone dłużej prowadzić się nie da, że takie podejście właśnie wręcz szkodzi biznesowi. Jest nieefektywne długoterminowo. Zaczął w typowy sposób, czyli w krótkim odstępie czasu jego ludzie zamordowali dwóch kluczowych i zwalczających się szefów działających w stylu Ala Capone (wojna ze wszystkimi na okrągło). A później posadził szefów rodzin przy stole negocjacyjnym, gdzie ustalono zasady współpracy i metody prowadzenia biznesu. Jedną z nich było świadome odejścia od zabijania policjantów, dziennikarzy, polityków. Ze względów humanitarnych? Raczej nie. Bardziej chodziło o to, by nie robić szumu i nie antagonizować innych uczestników gry rynkowej. By zagrać scenariuszem na większe prawdopodobieństwo długoterminowego sukcesu. Ba, były nawet epizody współpracy z rządem USA i służbami specjalnymi (II Wojna Światowa, Kuba). Zamiast wariantu Chłopcy z Ferajny zrobił się Syndykat… Przejście z fazy plemion z wodzami do korporacji. Przy okazji: jednym z „biznes unitów” była sekcja wyspecjalizowanych morderców. Działała jak audyt wewnętrzny, bo zajmowała się głównie swoimi.

Co się wydarzyło? Liderzy zmienili model biznesu ze skrajnie agresywnego, na taki, który uwzględnia innych uczestników rynku oraz ich interesy. Na taki, który patrzy dalej, niż następny krok maksymalizujący wygraną w tym momencie. Na taki, który mierzy w większą wygraną odłożoną w czasie i stabilność prowadzenia firmy. Czy gangsterzy robili to ze względów etycznych? Raczej nie, choć chcąc nie chcąc przesuwali się  w tym kierunku. Robili to, bo w długiej perspektywie im się to po prostu opłacało. Szczególnie przy rosnącej skali i złożoności biznesu. Ryzyko „gram o wszystko” najłatwiej się podejmuje, gdy mamy mało. Mając w pewnym momencie już zbyt wiele do stracenia (a każdy ocenia to już samodzielnie) mądrzy zmieniają scenariusz. W większości przypadków intuicyjnie, choć… mieliśmy to na matematyce w szkole. Tyle że na innych przykładach nam to pokazywano i nie łapaliśmy związków z naszym życiem codziennym.

Przypomnę – gangsterstwo, to tylko przykład procesów, dobry z racji jaskrawości. Te procesy są za to uniwersalne i wpisują się też w biznes normalny. Ten, który otacza nas na co dzień. Procesy te same, tylko miejsce na skali intensywności gdzie indziej.

Podsumujmy. Rachunek wykazuje, że niezależnie od malejącego gwałtownie do zera prawdopodobieństwa sukcesu w miarę wzrostu powtórzeń gry o najwyższą stawkę, sukces ten jest oczywiście wciąż możliwy. Kluczową kwestią jest wycofanie się w odpowiednim momencie z tego ciągu ponawianego kuszenia losu. Wycofanie całkowite (wyjeżdżam w ciepłe kraje i już nic nie muszę) lub zmiana scenariusza gry na choćby ograniczoną, ale jednak współpracę i uwzględnienie innych interesariuszy. Oczywiście nie ma żadnego znaku pokazującego „to jest odpowiedni moment”. W efekcie chodzi po prostu o umiejętność podjęcia twardej decyzji o wyjściu/zmianie. Najlepiej po wcześniejszym (!) ustaleniu sobie kryteriów wyjścia. Na przykład w postaci zgromadzenia określonej sumy pieniędzy, zdobycia udziałów w rynku, obrotów  itd. Czy to potrafimy? Właśnie z tym jest ogromny problem. Do tej pory naświetlałem rzeczy dające się ogarnąć rozumem (rachunek prawdopodobieństwa). W tym kluczowym momencie rozum najczęściej przegrywa z emocjami. Ogromna część ludzi nie potrafi wstać od stołu w kasynie gry i wyjść z wygraną. Sukcesy biznesowe uzależniają tak samo. Udało mi się kilka razy, więc… to mój geniusz i boska intuicja (czuję biznes!), a nie żadne tam „udało się”. Mimo że doskonale wiemy, że im dłużej gramy, tym nasze szanse maleją, a szanse kasyna rosną. Dlatego kasyna to taki opłacalny biznes. Doskonale to zwycięstwo emocji nad rozumem, czyli nad bezduszną matematyką, opisał Dostojewski w opowieści „Gracz”.

Co to oznacza dla biznesu? Prosty wniosek: jeśli uważasz, że zawsze trzeba grać na maksymalizację swojego zwycięstwa nie bacząc na nic i nikogo, to niczym nie różnisz się od hazardzisty w kasynie lub prostego gangstera. Czyli najprawdopodobniej skończysz także tak, jak oni: na śmietniku lub sześć stóp pod ziemią (metaforycznie). Ewentualnie tocząc bój ostatni za pomocą dyktafonu i szumidła. Oczywiście, że mamy tendencję do zapatrzenia na przykłady tych nielicznych, którym się udało, choćby tylko do czasu. Staramy się nie widzieć i nie pamiętać o tysiącach tych, którzy z oczywistych, bo matematycznych, względów przegrali i rozpłynęli się w historii grając nieustannie na maksa. Powtórzę – rachunku prawdopodobieństwa nie oszukasz. Jeżeli do kogoś nie przemawiają postulaty etyczne, to może chociaż matematyka. Dopiero mając to na uwadze niech każdy sam już sobie podejmuje decyzje, jak grać, czy, kiedy i wedle jakich kryteriów się wycofać, albo jednak zmienić zasady postępowania, by odnieść jeszcze większy sukces. No i oczywiście, czy w ogóle trzeba nawet na początku łobuzować, zamiast grać od razu wedle scenariusza o większym prawdopodobieństwie sukcesu. Tyle że wtedy trzeba więcej używać czasu i rozumu, niż instynktów. A z tym wielu ma problemy, bo… taka ich natura, że krew zalewa oczy w pierwszej minucie działania.

Okazuje się, że matematyka ma niewiele wspólnego z prymitywnym darwinizmem społecznym, czego niektórzy się obawiają. Wręcz przeciwnie, mówi ona coś zupełnie innego, niż tenże prymitywny darwinizm w stylu „zabij, albo zgiń, zawsze, w każdym kroku”. Matematyka mówi, że to jest właśnie najlepsza droga do własnej zguby. Dosłownej lub symbolicznej w biznesie, czy kasynie. Po drugie samo użycie tutaj słowa „darwinizm” jest nieuprawnione. Darwin się w grobie przewraca. Jego teoria dotyczy kwestii przystosowania gatunków, by przetrwać, a nie działania jak małpa z brzytwą. Przetrwanie nie oznacza planowanej eksterminacji wszystkiego, co się rusza, z moim „win” najważniejszym, bo jutra nie ma. Bo może jutro jednak jest i mierzymy z istnieniem naszej firmy trochę dalej, niż tu i teraz?

Te proste rozważania skłaniają nas rozumowo w kierunku odejścia od scenariusza nieustającej maksymalizacji efektów w każdym kroku. Czyli działania tylko z perspektywy właśnie jednego kroku, a nie całej drogi. Powtarzany skrajny scenariusz hazardzisty statystycznie przegrywa. Wracając do pytania wyjściowego – chłodna i pozbawiona emocji matematyka wspiera rozważania i postulaty etyczne. Statystycznie.

Mając na uwadze powyższy fundament, czas na pytanie nr 2:

na czym to baczenie na innych, ewentualna współpraca i interakcje z innymi uczestnikami rynku mają polegać?

Współpracować, ale jak? Temu, co na ten temat mówi… matematyka, a jakże, będzie poświęcony kolejny artykuł. Tam będą się działy rzeczy znacznie większe. Etyko, czekaj z nadzieją, albo drżyj, bo los twój w rękach bezdusznych…

 

PS miało być też o piratach. Bardzo proszę. Ci słynni biznesmeni sprzed setek lat dostarczają równie dobre przykłady. Scenariusz Czarnobrodego – nieustająca jazda po bandzie, odstrzelony w wieku ok. 43 lat, jak i masa innych jemu podobnych.  Jego zakopanego gdzieś skarbu nie wykorzystał on sam, ani nikt inny. Henry Morgan – dogadał się z królem, skończył jako szlachcic i szanowany wicegubernator Jamajki, do tego… zwalczający piratów.   Czyli Sir Henry Morgan, a nie jakiś pirat…

PPS dla kogo ten artykuł? Oczywiście dla wszystkich, ale najbardziej dla młodych menedżerów, którzy dopiero się kształtują. Właśnie żeby kształtowali swoje nawyki i widzenie biznesu przez rozum, zamiast mity a la Hollywood. Rozprzestrzeniane także przez część szkoleniowców z bożej łaski. Także dla wszystkich tych mądrych inaczej, dla których „Wilk z Wall Street” jest kultowym filmem szkoleniowym, a portrety Gordona Gekko wieszają w sypialni.

PPPS bardziej dociekliwym może się nasunąć jeszcze jedna refleksja. Jeśli prawdopodobieństwo każdego zdarzenia jest mniejsze od pewności (czyli mniejsze od 1), to dowolny cykl zdarzeń prowadzi do końcowego prawdopodobieństwa sukcesu bliskiemu zeru? Jakoś tak. Wszystkie imperia jednak upadają… Tutaj wkracza inna królowa nauk, czyli fizyka. Jedno z jej fundamentalnych praw mówi, że entropia tylko rośnie. A wszystkie nasze wysiłki, to tylko tymczasowe i tylko lokalne zaburzanie tego procesu. Ale to już temat na zupełnie inny artykuł z pogranicza filozofii i innych nauk.

Previous Etyka w biznesie - co na to matematyka...
Next Słucham Gadam, rozmowa 4, wersja audio

Powiązane wpisy

Autorefleksja

Źródła wiedzy o sobie, Assessment Center i otoczenie

Jesteśmy otoczeni ciągłym strumieniem wiedzy na swój temat. Wystarczy sięgać. Z kolei podstawowa czynność, jaką powinniśmy wykonywać podczas analizy informacji z wielu źródeł, to poszukiwanie prawidłowości. Poszukiwanie powtarzającego się wzoru.

Autorefleksja 0 komentarzy

Zachowania, czyli „Czy nas dwóch jest, czy ja jeden?”

Zacznijmy od małego eksperymentu. Odpowiedzmy sobie, jaka jest osoba, która tak opisuje swoje zachowania (prawdziwe! same fakty): bardzo kocham swoją rodzinę; rodzina jest dla mnie najważniejsza i daję temu wyraz

Autorefleksja

Humanizować AI, czy dehumanizować człowieka?

Sobotnia wieczorowa pora. Rozmowa w trójkę, z Jackiem Santorskim i Kamilą Goryszewską. W dobrym i luźnym stylu. Dobrym, bo uważnie słuchamy się, nie przerywamy, wzajemnie inspirujemy. Luźnym, bo bez narzuconej