Sens kariery, czyli zarabiam, rzeźbię, czy buduję katedrę?

Sens kariery, czyli zarabiam, rzeźbię, czy buduję katedrę?

Uwaga wstępna – przed lekturą tego artykułu dobrze jest zajrzeć do jego poprzednika odnoszącego się do Pytania nr 1 i Świętego Graala, gdzie zadajemy sobie pierwsze pytanie o sens kariery.

Jak skutecznie kontrolować stan swojej relacji z wykonywaną pracą? To niemal podchwytliwe pytanie, bo zakłada, że w ogóle świadomie mielibyśmy ów stan monitorować. Tymczasem bardzo wielu z nas nie robi tego regularnie, a równie wielu nie robi tego wcale. Tymczasem dzień po dniu, kropla po kropli, zachodzą nieuniknione zmiany w nas samych i naszym stosunku do swojej pracy. Z racji powolności w czasie zmian tych zwykle nie zauważamy i dopiero po latach dopada nas pytanie „och, co ja tutaj wciąż robię?!”. To trochę jak rdza rozwijająca się pod lakierem – dzień po dniu zmian nie widać, aż tu nagle dziura w karoserii na wylot. Wróćmy więc do pytania sformułowanego w pierwszym zdaniu – jak skutecznie kontrolować stan swojej relacji z wykonywaną pracą? Ba, zróbmy krok wstecz i zapytajmy, po co w ogóle to kontrolować? Tutaj sensowną odpowiedź można zasugerować stosunkowo łatwo, jak sądzę. Otóż po to, by nie przeoczyć momentu, w którym wytracamy radość działania, a stan rutyna / po prostu trwanie zaczyna przeważać nad stanem dzieją się ważne rzeczy / rozwój. Przeoczenie tego momentu sprawia, że niejednokrotnie tracimy nawet lata dając od siebie w pracy już niewiele i zyskując równie niewiele, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Odbija się to także stopniowo na naszej psychice. Nam się wydaje, że jesteśmy wciąż tacy sami, za to otoczenie wyłapuje bardzo szybko, że stajemy się szarzy, coraz bardziej niemrawi, a przy porannej kawie w firmowej kuchni coraz więcej narzekamy. Szkoda marnować tych lat.

Wróćmy więc do zagadnienia „jaki jest mój stosunek do obecnej pracy?”. Jest ono na tyle ogólnie sformułowane, że każdy może udzielić bardzo odmiennie brzmiącej odpowiedzi. Niespecjalnie jest więc jak je interpretować. Przydatna metoda? Już widać, że jeszcze nie. Zbyt ogólna. Co odpowiedź, to inne stany emocjonalne, inne odcienie, inna zawartość merytoryczna, czyli absolutnie nie nadaje się do użytku codziennego przez takich zwykłych zabieganych ludzi, jak my. Jak sobie z tym poradzić, skoro ogólne pytanie otwarte nie jest dobrym narzędziem? Skoro pożądana jest prostota, warto się zwrócić w kierunku… testu wyboru, czyli zadać wspomniane pytanie i jednocześnie dodać trzy konkretne odpowiedzi do wyboru. Owe odpowiedzi są jak termometr dodany do pytania o temperaturę – dostajemy narzędzie (!). Ważne, by to narzędzie było właśnie wystarczająco proste, by mógł je użyć każdy bez zwracania się do specjalisty. Jednocześnie musi dawać mocne i jednoznaczne wskazanie, by od razu było wiadomo, gdzie jesteśmy i w którą stronę podążać bez zawiłości interpretacyjnych. Podsumowując – poszukujemy prostoty i uniwersalności. Zanim zaproponuję rozwiązanie odwołam się do pewnej przypowieści, dosyć często powtarzanej i do tego w wielu wariantach. Warianty dotyczą zarówno miejsca, jak i ról jej bohaterów. Co ciekawsze, mutacje tej historii mają także różne zakończenia i interpretacje. Jak widać, typowy apokryf, co daje mi prawo do… opowiedzenia na tej bazie wersji świetnie ilustrującej nasz dyskutowany problem. Wersji, która równie świetnie wpasowuje się w naszą potrzebę posiadania wspomnianego prostego i uniwersalnego narzędzia.

Średniowieczny plac budowy, na którym trzech robotników robi dokładnie to samo. Pierwszy zapytany, co robi, odpowiada, że po prostu zarabia pieniądze. Rano przychodzi, cały dzień obrabia kamienie, wieczorem idzie spać, odbiera dniówkę (może nawet odwrotnie…) i tyle. Drugi na to samo pytanie odpowiada, że doskonali swoją sztukę kamieniarską, rzeźbi coraz bardziej złożone motywy okien i portali, wznosząc na coraz to wyższy poziom swoje umiejętności. Trzeci udziela odpowiedzi najkrótszej: buduję katedrę! Przypominam, w danym momencie na placu wszyscy fizycznie robią dokładnie to samo. Każdy jednak zupełnie inaczej definiuje swój sens kariery.

Dzięki tej historii właśnie otrzymujemy trzy tak nam potrzebne, proste i uniwersalne odpowiedzi na tytułowe pytanie. Z moich obserwacji statystycznie historia wygląda mniej więcej tak:

– etap 1 – rozpoczynamy pracę, do której trafiliśmy świadomie i spełnia ona nasze zawodowe pragnienia – mamy wtedy okres pasji, energii i ponadprzeciętnej wydajności, czyli… budujemy katedrę (wierzymy, że bierzemy udział w czymś dużym i że da się to zrobić),

– etap 2 – pracujemy już kilka lat (może być trzy, może być i osiem), strategia firmy zmieniła się już kilka razy, nasi szefowie także, zmienia się też otoczenie rynkowe i my sami – katedrę albo już zbudowaliśmy, albo zaczynamy czuć, że ciągła zmiana planów budowy i jej kierowników nie sprzyja wymarzonemu celowi, który robi się jakby mglisty. Wtedy przechodzimy na pragmatyczne pozycje typu „świata może nie zmienię, tej katedry nie zdążę tutaj postawić, ale przynajmniej jeszcze nauczę się budować nowy kanał dystrybucji / zarządzać złożonym zespołem / wprowadzać nowy produkt na rynek itp.”. Krótko mówiąc, skupiamy się na węższych celach, które doskonalą nasze doświadczenie, dają jeszcze radość i motywację oraz budują naszą osobistą wartość rynkową na przyszłość,

– etap 3 – pracujemy dłużej niż powyższe „kilka lat” i przestajemy mieć poczucie nawet wspomnianego wyżej węższego osobistego rozwoju. Przechodzimy na pozycje ja/oni oraz po prostu zarabiania pieniędzy, bo nic się już nie może wydarzyć, przynajmniej w naszym odczuciu, więc niech mi chociaż zapłacą, dranie.

O ile dwa pierwsze etapy są na swój sposób twórcze, to trzeci jest już spiralą donikąd. Jeżeli praca ma dla nas znaczyć coś istotnego (przymusu nie ma, ale dla większości z nas chyba jednak znaczy), to kluczowe jest wychwycenie wejścia w strefę między etapem drugim i trzecim, by nie tracić lat bezproduktywnie. Rzecz wręcz w tym, żeby wychwycić to zanim stanie się tak widoczne dla otoczenia i przełożonych, że to oni poproszą nas o odejście. Rozsądniej jest mieć inicjatywę w swoich rękach. Raz na pół roku, najrzadziej raz na rok zapytajmy siebie: buduję katedrę? rzeźbię? zarabiam?

Ważny komentarz – proszę traktować te stany rozdzielnie, bo to jest istotą tego narzędzia i tej metafory. Chodzi o stan dominujący (!). No bo wiadomo przecież, że budując katedrę jednocześnie się doskonalisz i zarabiasz.

Na koniec mała premia – pozwalam sobie zasugerować stosowanie dodatkowo bardzo prostego testu. Dobrze jest zwrócić uwagę na swój stan emocjonalny rano, zaraz po obudzeniu się. To ważne, by był to moment właśnie natychmiast po obudzeniu się, bo jest zwykle autentyczny. Później, gdy przytomniejemy i wchodzimy w dzień, zaczynamy już sobie racjonalizować sytuację i do tego zaczynamy być zasypywani impulsami z zewnątrz (maile, telefony, spotkania itd.), a to już robi szum w głowie. Co sprawdzamy? Ano bardzo prostą rzecz, czyli jakie jest nasze pierwotne odczucie na początku dnia: kamień w brzuchu i myśl „znowu tam trzeba iść…” (chodzi o pracę, oczywiście, nie o łazienkę…), czy też „spoko, no to co my tam mamy dzisiaj do zrobienia?”. Jeżeli na przestrzeni miesiąca/dwóch regularnie powtarza się wersja pierwsza, to mamy prosty i najbardziej wiarygodny z wiarygodnych sygnał, że warto przemyśleć swoją relację z obecną pracą. Szkoda zdrowia, a umysł i ciało zwykle wysyłają nam właściwe sygnały.

Aha, jeszcze jedno. Jakkolwiek by powyższy eksperyment intelektualny z katedrą wydawał się prosty, to ma jedną zasadniczą zaletę – działa. Od lat stosuję go podczas indywidualnej współpracy z menedżerami i okazuje się być świetnym zaczynem do dalszej pogłębionej burzy mózgów (sens kariery).

Previous Cel pracy, czyli którędy do Świętego Graala?
Next Ciało, czyli dlaczego nie pojedziemy szybciej

Powiązane wpisy

Autorefleksja 0 komentarzy

Ciało, czyli dlaczego nie pojedziemy szybciej

Poprzednie dwa artykuły „autorefleksyjne” dotyczyły naszych relacji z obszarem „PRACA”. Dzisiaj przejdziemy do drugiego z czterech obszarów pokrywających całą naszą aktywność, czyli „JA”. Nie będę próbował wymyślać koła od nowa

Autorefleksja 0 komentarzy

Zachowania, czyli „Czy nas dwóch jest, czy ja jeden?”

Zacznijmy od małego eksperymentu. Odpowiedzmy sobie, jaka jest osoba, która tak opisuje swoje zachowania (prawdziwe! same fakty): bardzo kocham swoją rodzinę; rodzina jest dla mnie najważniejsza i daję temu wyraz

Autorefleksja

Wiedza zamiast opinii; Alfred Adler „Wiedza o życiu”

Fantastyczna seria Meandry Kultury wydawnictwa Vis-a-vis Etiuda. Tłumaczenia oryginalnych dzieł myślicieli, czyli filozofów, psychologów, socjologów, antropologów itd. Można poznawać u źródeł, nie z opracowań. Po lekturze takich książek można wreszcie

0 komentarzy

Brak komentarzy

Bądź pierwszy i Skomentuj ten post

Skomentuj

Ze względu na boty możliwość dodawania komentarzy tymczasowo wyłączona.